6 klasyków, których nie dokończyłem

1237281075-ksiazkiZnakomite recenzje, zachwalanie przez znajomych, ogromny wpływ na literaturę, a Wy w połowie lektury rzucacie książkę w kąt, patrząc na nią z obrzydzeniem. Zdarzyło się? Mnie niejednokrotnie.

Przyznam, że nie przepadam za przerywaniem czytania książki w połowie. Nawet po niemrawym rozpoczęciu łudzę się, że dalsza część lektury mnie porwie, a gdy sytuacja się nie zmienia wtedy stwierdzam, że do końca zostało już tak niewiele, iż nie opłaca się przedwcześnie jej odkładać. Jednak kilkukrotnie odpuszczałem dalsze czytanie powieści. Dlaczego? Czasami decydowała zwykła przekora. Przykład: koleżanka uwielbiała Murakamiego i Dukaja, a ja po kilku rozdziałach stwierdzałem, że to do niczego się nie nadaje, o czym głośno ją informowałem. Inna sprawa, że wolałem wtedy o wiele lżejsze rzeczy, a ona z ambitniejszą literaturą była za pan brat. Przejdźmy jednak do pozycji, które sam wybrałem i nie dobrnąłem do ich końca. Oczywiście chodzi o uznane pozycje, a nie o byle gnioty.

proustMarcel Proust „W stroną Swanna”
Na początek oczywistość, wszak cykl „W poszukiwaniu straconego czasu” Marcela Prousta znalazł się w gronie najczęściej przerywanych lektur świata (obok „Alchemika” Paulo Coelho i sagi „Zmierzch” Stephanie Meyer). Ja odpadłem już na początku pierwszego tomu, jednak nie zamierzam krytykować tej skrajnie ocenianej powieści Prousta. Nie wiem, cóż miałem w głowie sięgając po tę pozycję, cielęciem jeszcze będąc i mając niewielką wiedzę o literaturze. Niemniej zraziłem się i choć obiecuję sobie, że kiedyś wrócę do tego cyklu, to pewnie nieprędko to nastąpi.

Thomas Mann „Czarodziejska góra”
Podobnie miałem z Thomasem Mannem. Na czytanie „Czarodziejskiej góry” było dla mnie za wcześnie, a być może oczekiwałem smoków bądź czarów aniżeli opisów odczuć i przygód Hansa Castorpa podczas pobytu w górskim sanatorium. Co zadziwiające, całkiem dobrze mi szła ta powieść – do czasu. Pewnego dnia stwierdziłem, że koniec z tym średnio ciekawym tworem i przerzuciłem się na coś innego. Kiedyś wrócę i zrewiduję opinię.

lawrenceDavid H. Lawrence „Zakochane kobiety”
To już czasy moich studiów, kiedy na literaturze dane mi było przeczytać tak doskonałe książki jak „Tessa d’Urberville” Thomasa Hardy’ego czy „Nowy wspaniały świat” Aldousa Huxleya. Niestety, pomiędzy nimi zdarzały się pozycje o wiele gorsze. „Wichrowych wzgórz” po prostu nie polubiłem, „Młynu nad Flossą” nie cierpiałem, ale „Zakochane kobiety” zwyczajnie znienawidziłem. Fabuła fabułą, ale rozwlekłe dialogi i monologi na tematy społeczne tudzież polityczne usypiały tak bardzo, że skupiłem się na Sparknotes, a nie na książce samej w sobie. Odpuściłem po opisie dwóch nagich panów ćwiczących zapasy, rozpływających się nad swoim pięknem. Aha, wbrew tytułowi – to żaden romans.

Orson Scott Card „Ksenocyd”
To może nie klasyk, ale kontynuacja klasyka, bo o „Grze Endera” można już tak mówić. Im dalej Card brnął w tę sagę, tym bardziej tracił świeżość pierwszego tomu, wartkość akcji oraz ten psychologiczny sznyt, dzięki któremu świat Endera tak intrygował. W „Ksenocydzie”, trzecim tomie, zrobiło się zbyt naukowo, zbyt rozkminkowo, a zbyt wielkie skoki w czasie nadszarpnęły wiarygodność Endera. Przerwałem krótko przed końcem książki, byłem już za bardzo zdenerwowany tym, co Card zrobił z tą sagą i nawet finał przestał być dla mnie interesujący.

zusakMarkus Zusak „Złodziejka książek”
Ależ długo polowałem na tę książkę. Wiecznie wypożyczona w bibliotece, nikt ze znajomych jej nie miał. W końcu udało mi się dorwać tę wszędzie polecaną powieść, ze świetnymi ocenami na wszystkich portalach. Zabrałem się do czytania, minęło kilka rozdziałów i… nic. Próbowałem dalej, ale nie przekonywała mnie narracja, bohaterka, toczące się w tle wydarzenia i zwyczajnie, bez większych emocji,odpuściłem. Trudno mi mówić o wartości tej powieści, skoro jej nie dokończyłem, ale na tyle, ile przeczytałem to jedna z najbardziej przecenianych obecnie pozycji (obok „Imienia wiatru” Patricka Rothfussa).

John Steinbeck „Na wschód od Edenu”
Powieść amerykańskiego noblisty wrzucam tu troszkę na siłę. Co prawda przerwałem niemal dokładnie w połowie, ale to nie przez jej niską wartość. Piękny jest język Steinbecka oraz jego wspaniale prowadzona narracja, ale niestety czytałem „Na wschód od Edenu” w PDF-ie z telefonu. A ta doskonała historia Kaina i Abla przeniesionych do współczesności nie nadaje się do czytania na wykładach, podczas podróży autobusem czy chwilę przed zaśnięciem, ba, ta powieść nie zasługuje na takie traktowanie. Trzeba ją trzymać w rękach i delektować się stylem Steinbecka.

Mateusz Osiak

Dobry ze mnie chłopak, żaden odmieniec.