Bisz w wilczej skórze

biszredex

Bisz nie wyważa otwartych drzwi. Idzie dalej. Pytanie tylko, czy we właściwym kierunku. 

Wdech, wydech, głośne cmokanie, bezradne rozglądanie się dookoła, palce chętniej wyciągane po kubek z kawą niż kładzione na klawiaturze – nie, nie tak powinno wyglądać pisanie tego tekstu. Tekstu, bo osobiście nie traktuję go jako recenzji. Muszę wyrzucić z siebie te kilkaset słów, żeby się oczyścić umysł i być może na nowo zrozumieć ten album. Bo z „Wilczym humorem” jak na razie mam problem, a to problem tym większy, że Bisz znowu mija się z moimi oczekiwaniami.

Pokochałem Bisza za zadziorność, bezpośredniość, metafory, za upór w „pchaniu tego syfu”, za to, że przy tych pełnych treści tekstach zawsze pamiętał o technice, za to, że jego „Raport z walki o wartość” czy „W stronę zmiany” pomogły mi w kształtowaniu mojej tożsamości. Mogłem wybaczać potknięcia we flow, problemy z dykcją czy pojawiające się niekiedy grafomańskie linijki. Bisz zawsze był jakiś, a to już dużo.

Mój problem z jego twórczością zaczął się od „Wilka chodnikowego”. Mimo że nie odmawiam klasy temu albumowi, to coś zaczęło tam zgrzytać. Nie wszedł mi w krew, jak poprzednie krążki Bisza, w tym rapie zaczynało brakować pazura, werwy, wyrazistości; niekiedy miałem wrażenie, że to rap pod publiczkę. „Labirynt Babel” z kolei był świetnym krążkiem, wymagającym myślenia, z wieloma nawiązaniami, ze świetną produkcją, ale… od premiery wróciłem do niego tylko raz. Gdy patrzę na półkę z płytami, zawsze wolę sięgnąć po wspomniany „Raport…”, „Burzę i napór” czy składankę „Od lat robimy swoje na B.O.K.u”.

„Wilczy humor” to jeszcze inna bajka. Bisz z rapera przeistoczył się w artystę i nie wiem, czy mi się to podoba. Miejscami ta płyta jest dla mnie zupełnie nieprzystępna, trąci robieniem sztuki na siłę, dojrzałością, która ukazuje się tym, że trzeba zrobić coś alternatywnego, ambitnego, metaforycznego i nie wiadomo jak wielkiego. Sęk w tym, że przez to Bisz stracił magnetyzm, pod kołderką sztuki schował się jego charakter, a jego poetyckie teksty nie powodują uniesienia brwi.

Jeśli chodzi o teksty, Bisz stanął rozkrokiem między poezją a rapem. Z jednej strony ubrał swoje wersy w ładne słówka, które musi tłumaczyć na początku klipów czy rapuje o „karamazowskiej bratniej duszy”, z drugiej – dalej stosuje typowo hip-hopowe porównania („lincz jak David”) i rymy („kaska da mi/kaskadami”). Gdy słyszę takie wersy jak: „Czekam na znak od życia, tylko nie przestankowy” albo widzę podwójne i potrójne rymy, to wiem, że w tej wilczej skórze została cząstka Bisza, który oczarował mnie lata temu. Szkoda tylko, że część numerów na „Wilczym humorze” zdaje się być „prostymi historiami tak wymownie pozbawionymi puenty”. Żeby jednak zakończyć wątek tekstów pozytywnym akcentem, trzeba przyznać, że takie utwory jak „Nie obrażaj się” czy „Brudne buty” to jedne z lepszych utworów w polskim rapie, jakie dotykają tematyki dorosłości – bez patosu i pustych słów, za to z sugestywnymi obrazami, z jakimi utożsami się niejeden dojrzały facet.

Byłbym jednak głupcem, gdybym powiedział, że to słaba płyta. Jest inna. Niekoniecznie do mnie trafia. Być może sam muszę do niej dojrzeć lub przetrawić ją jeszcze kilka razy. Jak na razie najsilniejszą emocją, jaką wywołuje we mnie „Wilczy humor” jest tęsknota za Biszem sprzed kilku lat, niemniej coś w niej tkwi i to coś nie pozwala mi przejść obok niej obojętnie. Zgadzam się z Mateuszem Kołodziejem, że trzeba było mieć odwagę, by nagrać taki album: nieoczywisty, niekiedy bliski poezji, a ponadto nagrany na bitach, jakich nie znajdziemy nigdzie indziej. Choć życzyłbym sobie, by Bisz wrócił do starego stylu, ciekawi mnie, jaki będzie jego następny krok – rozwinięcie tego, co słyszymy na „Wilczym humorze” może w końcu ponownie zjedna mnie z jego muzyką.

Dalej nie wiem, jak odpowiedzieć na zadane we wstępie pytanie. Nie zaryzykuję jednoznacznej odpowiedzi. Zupełnie nie wiem też, jak oceniać ten album. Irytuje mnie w nim naprawdę wiele rzeczy, inne ciekawią. Po pierwszych odsłuchach byłem rozczarowany, teraz zaczynam go trawić i wyciągać z „Wilczego humoru” coś dla siebie. Dokąd mnie to zaprowadzi, nie wiem.

Mateusz Osiak

Dobry ze mnie chłopak, żaden odmieniec.