Co dał mi rok współpracy z wydawnictwami?

ksiazki

Równo rok temu przedpremierowo zrecenzowałem książkę Johathana Holta „Carnivia: Bluźnierstwo”, teraz leży przede mną drugi tom tej powieści. Co zmieniło się przez ten rok? Czy współpraca z wydawnictwami coś daje? A może więcej zabiera?


Uściślijmy: z Wydawnictwem M współpracowałem już wcześniej, ale to Muza i Akurat – a właściwie agencja Business & Culture zajmująca się promocją tamtejszych książek – otworzyły mi drzwi do otrzymywania większej ilości lektur oraz do przebierania w ofertach. Co dała mi ta współpraca?

Stałem się niewolnikiem
Smutna prawda, ale prawda. Biorąc książki do recenzji, nieświadomie podpisywałem cyrografy. Musiałem je przecież recenzować. Bez względu na to, czy podobały mi się, czy nie, bez względu na to, czy warto było o nich wspominać, czy więcej dałoby milczenie. „Wiedziałeś, co robisz” – powiecie. Jasne, ale widząc ciekawie zapowiadające się powieści, trudno było mi je odpuścić – taka moja natura. Czasami stosy książek do recenzji miały po cztery, pięć tomów, które musiałem w miarę szybko przeczytać i opisać. Oczywiście starając się być w pełni rzetelnym, a więc zbierając też jak najwięcej informacji o autorze i jego innych dokonaniach. Nieraz wolałbym pisać o czymś ciekawszym czy czytać coś bardziej wartościowego, ale przecież deadline’y goniły.

Odpuściłem klasykę
Patrząc na powyższy punkt, to było dość oczywiste. Zamiast sięgania po Dostojewskiego, Zolę czy chociażby Grzesiuka, musiałem zaczytywać się w kryminałach i innych czytadełkach. Na rozluźnienie były w sam raz, co więcej, niejednokrotnie dawały mi masę przyjemności, ale na dłuższą metę zaczęło mi brakować poważnej literatury i coraz bardziej odczuwałem to, jak mało oczytany jestem, mimo że przecież tak wiele czytam.

Czy zyskałem w środowisku blogerów książkowych?
Absolutnie nie. Jedna sprawa, że trudno przyciągnąć mi książkowy target, skoro co drugi wpis i tak jest o rapie, ale ważniejsze jest to, że te same książki, które oceniam ja, recenzuje także 10 innych osób, zatem taki tekst zazwyczaj nie jest unikalny. O środowisku blogerów książkowych już pisałem, teraz co prawda znalazłem więcej dobrych stron, ale i tak trudno się wśród nich przebić.

Poprawiłem warsztat
To na pewno wielka zaleta tych współprac. Musiałem regularnie pisać, więc siłą rzeczy mój styl się poprawił. Ogromny wpływ miała na to korekta robiona przez Biblionetkę, którą śledziłem i zdanie po zdaniu sprawdzałem poprawione błędy. Znacznie mniej u mnie teraz składniowych potknięć czy błędnych kolokacji. Niemniej dalej nie czuję się dobrym recenzentem, a być może wynika to z tego, że niekiedy zmuszam się do pisania tekstów. Z drugiej strony – kilka moich tekstów tu i ówdzie doceniono.

Co teraz?
Oczywiście jestem sam sobie winny, bo to ja swoim niezbyt rozsądnym podejściem założyłem sobie okowy. Niemniej czas je zerwać, a przynajmniej nieco poluzować. Zmotywowany tym, że czeka mnie przygoda z Tolkienem, odpuszczam jakiekolwiek współprace z wydawnictwami i biorę się – poza okołotolkienowskimi sprawami – za nadrabianie klasycznych pozycji. Zostaje jedynie współpraca z Biblionetką, ale recenzje dla tego portalu zamieszam tylko tam, bo tam rzeczywiście są czytane.

Dużo tu narzekania odnośnie tej współpracy, jednakże powtórzę jeszcze raz: sam stworzyłem sobie problem. Rozsądne korzystanie z propozycji agencji promocyjnych jest jak najbardziej wskazane. Ba, nie wiecie, jak wielką przyjemność sprawia to, że dostajecie za darmo powieści. Ogólnie rzecz biorąc, bardzo pozytywnie oceniam ten rok, nawet jeżeli pojawiło się to „niewolnictwo”.

Dla jasności – kilka książek z Wydawnictwa Akurat oraz Muzy jeszcze u mnie leży. Ich recenzje oczywiście się pojawią – na publikację czeka już tekst o „Twardzielce” Mariusza Zielke. Niemniej o kolejne książki już nie proszę. To oznacza, że liczba recenzji na blogu zmaleje. Jednak literatura z bloga nie zniknie, będzie w nieco innym – i mam nadzieję, że ciekawszym – wydaniu.

Mateusz Osiak

Dobry ze mnie chłopak, żaden odmieniec.

  • Tak sobie myślę, że o ile w pewnym momencie pisanie recenzji dla portali przestaje mieć sens, to każdy bloger książkowy powinien mieć podobną współpracę za sobą. Głównie dlatego, że praca z korektorami poprawia warsztat w sposób niesamowity, wynosi recenzowanie na zupełnie nowy poziom, niekoniecznie merytoryczny, ale z pewnością językowy.

  • I bardzo dobrze. Nie ma co być niewolnikiem. To samo można zastosować do muzyki. ; )

  • Ha, patrząc na zdjęcie (jak mniemam fotografia przedstawia Twoją biblioteczkę), to chyba masz co czytać. Mnie także byłoby szkoda marnować czas na książki, które bardziej „muszę” niż „chcę” poznać.

    • blogosiaka

      Biblioteczkę podkradłem z internetu, moja jest rozrzucona na przeróżne półki i pokoje i tak ładnie nie wygląda. : )

      • W takim razie chyba mi nie zdradzisz, co to za kolekcja na samej górze na środkowym regale :)

  • Mam podobne odczucia, jeśli chodzi o współprace. Chociaż bardziej wynika to z braku czasu na czytanie i tego, że terminy jednak gonią. Te, które sama sobie narzuciłam, bo wydawnictwa jakoś specjalnie nie ustalały mi czasu na przeczytanie książki i umieszczenie recenzji. Jest wiele zalet takich współprac, ale jedna wada może sprawić, że nie warto dalej w to brnąć. Ale to też zależy od ludzi, ich podejścia, możliwości… I tak dalej. :)
    Jak tam przygoda z Tolkienem? Właśnie przez współprace utknęłam na drugim tomie „Władcy…”… Rok temu. Chyba w te święta zacznę czytać ten tom od początku i przejdę do trzeciego. :) Jestem ciekawa, jak idzie Ci praca licencjacka z Tolkienem w roli głównej. :)

    • blogosiaka

      Dzięki za komentarz. :)

      Zbieram bibliografię, czytam biografię, ale za samą trylogię jeszcze się nie zabrałem, a zamierzam czytać pod kątem swojego tematu (lekko go zmodyfikowałem i skupiam się na samej symbolice pierścienia). Niedługo zdam raport z tego. ; )

      • Super, mnie właśnie zaintrygowało to, ile można odnaleźć tam symboli i przesłań. To wcale nie jest taka łatwa książka (trylogia), jak się niektórym wydaje ;) Powodzenia!

  • Dobre jest takie cisnienie przez jakiś czas, im wcześniej tym lepiej, bo młodszy umysł lepiej chłonie, a im częściej powtarzasz jakąś czynność, tym większej wprawy nabierasz. Przykład najlepszy, to The Beatles i ich etap w Niemczech. Może być juz tylko lepiej.