Co jest z tobą, Llewyn?

Najnowszy film braci Coen, „Inside Llewyn Davis”, to przygnębiająca historia o życiu złudzeniami. Tak smutna, że grający główną rolę Oscar Issac wydaje się nam osobą bardzo bliską. 
Tytułowy bohater to kompletnie spłukany muzyk, zarabiający grosze na występowaniu od knajpy do knajpy i mieszkający kątem u przyjaciół. To postać wzbudzająca przede wszystkim współczucie, bo choć jego twórczość wydaje się być ambitna i relatywnie dobra, to nie jest w stanie kupić sobie nawet paczki papierosów, nie mówiąc już o ciepłym ubraniu. Llewyn i rzeczywistość to dwa odmienne światy, podczas gdy on marzy o normalnej egzystencji i łudzi się, że jego muzyka może przynieść zysk, realne życie co chwila sprowadza go do parteru.

Nie piszę o tym filmie, by go recenzować. Jednak postać Davisa skłania od refleksji i byłbym zbyt wielkim hipokrytą, jeżeli nie przyznałbym, że nie odnajduję w nim cząstki siebie. (Z kolei zbyt bardzo generalizowałbym pisząc teraz jako „my” i wchodząc do worka z… no właśnie, z kim?). Mimo iż w każdym środowisku potrafię się odnaleźć, to poczucie oderwania od społeczeństwa towarzyszy mi nieustannie. Nie chodzi o „zwykłą” mizantropię czy też awersję do typowej ludzkiej głupoty, która zewsząd otacza wszystkich. Jakaś cząstka mnie stale woła, że należy mi się więcej. Że to ja jestem tą wybitną jednostką, że ci wszyscy wokół to tylko maskotki chwili, że zapracowałem sobie na – po prostu i cokolwiek to znaczy – więcej.

To paradoks, bo uczuciem mocniejszym od niedosytu jest jeszcze potężniejsza niechęć do pchania się na świecznik. Więc robię swoje. Jak Llewyn Davis. Poza trudnym w tym wypadku do zdefiniowania mainstreamem, ale współpracując z nim. Bez próby stworzenia czegoś ambitniejszego, ale z rozgoryczeniem.

Jednak czymś od Llewyna się różnię. Jestem człowiekiem szczęśliwym, kimś, kto z czystym sumieniem może powiedzieć, że wygrywa życie. Chociaż ten „syndrom Davisa” niekiedy się pojawia, to momentalnie spycham go do kąta. To efekt mojego przedkładania rozsądku nad złudzenia i twardego stąpania po ziemi. Potrafię też doceniać małe rzeczy, co Llewynowi zazwyczaj uciekało.

Bracia Coen stworzyli postać, w której pewnie nie tylko ja mogłem się przejrzeć. Chociaż żal było mi Davisa, to zostałem utwierdzony w przekonaniu, że podejmuję właściwe wybory. W zależności od tego, jakimi ludźmi jesteśmy, zobaczymy w nim innego człowieka. Jedni pewnie wezmą go za głupca i nieudacznika, inni za niepoprawnego marzyciela, a dla innych być może bohaterem. Kim dla Ciebie zostanie? Warto zadać sobie to pytanie i obejrzeć „Inside Llewyn Davis”.

Mateusz Osiak

Dobry ze mnie chłopak, żaden odmieniec.