Kanonier

 

Źródło: skysports.com  (Photo by Clive Mason/Getty Images)
Źródło: skysports.com (Photo by Clive Mason/Getty Images)

Jestem sympatykiem Arsenalu już od ponad 16 lat. Jakim cudem mogłem ich pokochać jako niespełna siedmiolatek? Już Wam tłumaczę.

Pierwsze piłkarskie mecze, jakie pamiętam, to kilka klatek z Mistrzostw Świata w 1998, początek słynnego finału Champions League w 1999 roku (niestety, nie widziałem na żywo tego, jak Manchester wyrwał Bayernowi puchar – rodzice wysłali mnie spać), a chyba ten pierwszy, w pełni świadomie oglądany mecz to Galatasaray Stambuł – Arsenal Londyn w finale Pucharu UEFA 2000 roku. Prawdę mówiąc, przebieg tamtego meczu wyparował z mojej pamięci, wiem, że był dość wyrównany, ale bramki nie padły. Do rozstrzygnięcia potrzeba było karnych. Zapewne to pierwszy konkurs jedenastek, jaki widziałem, a najbardziej w pamięci utkwił mi podchodzący do piłki stojącej na wapnie Ray Parlour. Zresztą trudno, by widok jego rozczochranych, kręconych blond kudłów nie zapadł w pamięć. On też jako jedyny nie zmarnował jedenastki  – Suker strzelił w słupek, Vieira trafił w poprzeczkę.

Dlaczego pokochałem Arsenal, a nie świetne Galatasaray z Hakanem Sukurem, Hagim i Taffarelem? Naprawdę nie wiem. Może dlatego, że zawsze wolałem słabszych, mniejszych i przegranych. (Skąd miałem wtedy wiedzieć, że to Arsenal jest bardziej znanym klubem, a to piłkarze Galata byli „Indianami”? Miałem 7 lat!). Miłości w życiu i piłce po prostu się nie wybiera.

Przez te szesnaście lat miałem wiele powodów do radości. Przeżyłem ligowy sezon, w którym Arsenal ani razu nie przegrał. Widziałem bramki Henry’ego, szefowanie Vieiry w środku pola, bekowego i często frustrującego Lehmanna na bramce. Co prawda, rzadko oglądałem mecze. Najczęściej widziałem tylko te z Ligi Mistrzów, bo nigdy nie mieliśmy telewizji satelitarnej. Czasami jeździło się do wujka, który miał Cyfrę i tam oglądaliśmy angielską ligę. Najczęściej wyniki śledziłem kupując kolejne „Piłkę Nożną” i – a jakże! – śledząc wyniki live na telegazecie. Miałem nawet specjalny zeszyt, w którym zapisywałem rezultaty, strzelców i sylwetki piłkarzy. Chociaż nie widziałem wielu meczów, to znałem nazwiska wszystkich ludzi z klubu i numery zawodników z głębokich rezerw.

Największe emocje, jakie przeżyłem dzięki Arsenalowi to Liga Mistrzów w latach 2005-2006. Fazę grupową poszła lekko, ale runda pucharowa dawała się we znaki – Real, Juventus, Villareal. I to z tymi ostatnimi przeprawa była najcięższa i kto wie, co stałoby się, gdyby Riquelme trafił z jedenastu metrów. Na finał długo ostrzyłem zęby , chodziłem cały w nerwach i…

Bang – Lehmann wylatuje z czerwoną kartką w 18. minucie. Płacz, lament, przeklinanie (w myślach, bo ojciec ze mną oglądał).
Bang – 37. minuta i Sol Campbell strzela na 1:0 dla Arsenalu. Ja na kolanach. Krzyczę. Ojciec mówi, żebym się uciszył, bo mama śpi.

Czas mija. Dowieziemy. Nie no, na pewno dowieziemy.

Wchodzi Henrik Larsson.
O nie. Może jednak nie dowieziemy.

76 minuta – Samuel Eto’o. 1:1
80 minuta – Juliano Belletti 1:2
81 minuta – jestem już u siebie w pokoju, zły na cały świat.

Rano wstałem z nadzieją, że coś się zmieniło. Niestety nie.

Kibicowałem dalej, bo miłości się nie zmienia. Niedługo później nastał czas, w którym coraz mniej interesowałem się piłką, a coraz bardziej muzyką. Średnio pamiętam lata, w których Abramowicz na dobre zadomowił się w Chelsea, a szejkowie przejmowali City. Oczywiście śledziłem wyniki Arsenalu, czasem włączałem mecze, ale to już nie była ta zajawka, co za dzieciaka. Zresztą i emocje nie te – w lidze nie było większych sukcesów, tam samo w Pucharze Mistrzów. Pamiętacie licznik, który odliczał czas od ostatniego pucharu Arsenalu?

Dopiero dwa, trzy lata temu zacząłem na nowo żyć ligą angielską. Chociaż nie, może „żyć” to za wielkie słowo. Interesować się. Dla wielu to poziom typowego Janusza, dla fanatyków Arsenalu, jakich w Polsce wielu, to pewnie żadne kibicowanie. Ale mi wystarcza. Znam skład, śledzę transfery, oglądam mecze. A że nie kojarzyłem wszystkich zawodników, którzy grali ostatnio w pucharze z Nottingham? Trudno.

Cóż, choć to miłość trudna i sprawia więcej bólu niż radości, trwa dalej. Rzadko o niej piszę, bo nie czuję się na tyle kompetentną osobą, żeby analizować grę Arsenalu albo argumentować, dlaczego #WengerOut. Siedzę cicho, czytam teksty innych, komentuję mecze na Twitterze, obiecuję sobie, że kiedyś wybiorę się na Emirates Stadium i przeżywam te cholerne mecze ligowe. Zawsze chciałem podsumować, chociaż krótko jak teraz, te lata bycia fanem Arsenalu. W sobotę zdarzył się ku temu idealny pretekst. 3:0 z Chelsea – no, tego to nigdy bym się nie spodziewał. (Meczu oczywiście nie oglądałem, byłem na weselu, ale to już norma, że zawsze coś mi wypada).

A jak mam swoje kibicowskie chwile kryzysu, to pocieszam się, że mogłem wybrać gorzej i stać się kibicem np. Tottenhamu.

Mateusz Osiak

Dobry ze mnie chłopak, żaden odmieniec.