Kino w deszczu

multikino
Źródło: media2.pl

Z wakacyjnego wyjazdu na pewno nie zapomnę jednego – wypadu do kina.

Jak wiecie, wróciłem z Karwii. Super wyjazd: pogoda w porządku, spotkałem się ze znajomymi, odwiedziłem Hel, gdzie w pierwszym lepszym sklepie kupiłem kraftowe piwo i przede wszystkim odpocząłem psychicznie. Jednak najczęściej będę wspominał wyjście do kina.

Pozornie nic ciekawego. Kino jak na obrazku wyżej – zwykły namiot. Ale skoro postawili coś takiego w takiej małej miejscowości (dwa lata temu chyba go jeszcze nie było), to postanowiliśmy odwiedzić to kino.

Najpierw trzeba było pokonać pierwszą barierę:
– Idziemy dziś?
– Nie, ciepło, opalamy się. Jutro.

– Może dziś do tego kina?
– Nie, tak się obżarłem tym grillem, że nie mam siły.

– I jak z tym kinem?
– Jutro ma padać, to pójdziemy, ok?

Faktycznie – następnego dnia padało. Od samego rana. Nie było mowy o wyjściu na plaże, a i do sklepu tuż obok trzeba było biec, żeby się zbytnio nie zmoczyć. Do 18 dobrze znieczuliliśmy się alkoholem.
– Idziemy?
– Idziemy.
– Ale leje.
– Idziemy i tak.

Wyszliśmy w piątkę. Rzeczywiście lało i wyglądało to gorzej niż zza szyby. Gdyby ktoś rzucił hasło, że wracamy, to byśmy wrócili. Ale przecież dojdziemy, tak? Tak, dojdziemy. No to szliśmy. Oczywiście nie wziąłem kurtki – bo po co kurtka nad morze? Nie uznaję też parasolek – bluza z kapturem zazwyczaj mi wystarcza. Zazwyczaj. Tutaj lało niemiłosiernie i zanim doszliśmy byłem już cały przemoknięty. Weszliśmy przed teren kina i od razu podeszła do nas dziewczyna:
– Chcecie kupić bilety?
– No tak.
– Bo mam taniej.
– ???
– Jesteśmy grupą, mamy ich więcej, chcecie?
– No jasne.

Wzięliśmy, dokupiliśmy popcorn, piwo i można było już tylko iść do łazienki, a następnie wchodzić na salę.
– Przepraszam, jest gdzieś łazienka?
– Tak, wyjdzie pan z namiotu, w lewo, tam pan poskacze po błocie i będzie.

Spoko, i tak byłem cały mokry. Wyszedłem. Tam parking. Albo inaczej: wielka kałuża, na której stały autobusy, a za tą kałużą Toi Toi. Przed nim jakiś chłopiec. Nie starałem się już nawet omijać tej wody. Raz, że się nie dało, dwa, że przezornie i tak zamiast butów miałem na sobie japonki. Brnę. Chłopiec wraca.
– Tam to chyba jest zamknięte.
– Dobra, dobra, dam sobie radę.
Zamknięte. Obok Toi Toia pusto, więc staję tam. Robię krok bliżej żywopłotu i… wpadam w rów – woda sporo powyżej kostek. Już nawet się nie zdenerwowałem, tylko zaśmiałem. Zrobiłem co swoje i wróciłem na salę.

Na sali już ciemno. Trwały reklamy. Zamiast foteli, oczywiście krzesełka, takie składane, jak ze szkolnych akademii. Jest klimat. Oczywiście po drodze przewróciłem swoje piwo, wylała się połowa, ale nie żałowałem – jedno z gorszych szczyn, jakie piłem- San Miguel, zdecydowanie odradzam. Ściągam mokrą bluzę, z której dosłownie kapie i zaczyna się film.

„Iluzja 2” nie należy do wybitnego kina. Takie filmidełko dobre dla zabicia czasu. Zawiodłem się, tym bardziej że pierwsza część dawała radę. Film jednak był mniej ważny – klimatu dodawało co innego: wzmagający się deszcz, który tłukł w dach namiotu tak mocno, że niemal zagłuszał dialogi i ekran, który bujał się przy mocniejszych podmuchach wiatru. Wyglądało to wręcz surrealistycznie. A przed nami była jeszcze długa piesza podróż do pensjonatu.

Deszcz nie zmalał. Człapaliśmy. Rozdzieliliśmy się w drodze powrotnej i zostałem sam z narzeczoną. Co chwila odwracałem się, upewniając się, czy idzie za mną. Na mieście pustki. Idziemy. Wszystko poza lokalem z karaoke zamknięte. Idziemy. Blisko naszego pensjonatu budka z kebabem. Idziemy. Odeszliśmy 30 metrów.
– Lena, ale tego kebsa to byśmy zjedli, co?
– No, wracamy się?
– Tak.
– To dawaj.

Tam był przynajmniej daszek. Obok nas dwójka innych desperatów albo na gastrofazie. Czekamy na żarcie. Widać, że będzie niedobre, bo mięso już odgrzewane, wszystko było powoli szykowane do zamknięcia. No nic, robią. Podmuch wiatru. Kilkanaście metrów obok, tuż przed namiotem z cymbergajami i podobnymi grami spada naprawdę spora gałąź. Dźwięk oczywiście taki, jakby spadło całe drzewo. Arab wychyla głowę:
– Drzewo się przewaliło?
– Nie, tylko gałąź.
– Dobrze, bo Jacek w tym namiocie śpi.
Kiwamy głowami, doceniamy, że się martwi.
– Ale napił się tyle, że to go pewnie nawet nie obudzi.

Dostaliśmy szamkę. Wracamy. Na naszej ulicy gasną latarnie. (One zawsze gasną, jak wcięty wracam do domu, serio). Doszliśmy. Pierwsze co, to gorący prysznic. Drugie co, to ten kebab. Paskudny. Ale ciepły. Trochę nas rozgrzał.

Jak wstałem rano, pod tymi mokrymi ubraniami była kałuża.

Niemniej wyjście samo w sobie było świetnie. Nie żałuję. Mimo tych wszystkich przygód.

 

Jeżeli podoba Ci się to, co piszę i chcesz mi pomóc w utrzymaniu serwera, a przy okazji masz zamiar kupić sobie jakąś płytę – zrób to z mojego linku. Jak nie kupujesz płyt – dołącz do fanpage’a strony. Będę wdzięczny. :)

KUP PŁYTY Z PODZIEMIA I MAINSTREAMU NA PREORDER.PL

Mateusz Osiak

Dobry ze mnie chłopak, żaden odmieniec.