Szymek, tak trzymaj!

Byłem dziś na spotkaniu autorskim z Szymonem Hołownią, jak to określił jeden z moich zagubionych znajomych to „najbardziej ogarnięty człowiek po Waszej stronie”. Ta strona, to oczywiście strona wierzących. Strasznie przyjemnie jest mieć takich ludzi jak pan Szymon po swojej stronie.

Oczywiście nie obyło się bez przygód. Spotkanie zaczynało się o 18.30. Autobus miałem o 17.10. Tyle, że ten mój autobus (akurat ten, nie że w ogóle, dobrze mnie zrozum, nie mieszkam na AŻ TAKIM WIELKIM zadupiu) nie jest spod domu, nie wyjeżdża też z przystanku, który jest kilometr od domu. Autobus jest z bazy, położonej niedaleko Latowicza (ok. 6 km ode mnie). Jeśli autobus jedzie do mnie, zalicza kilka okolicznych wiosek, robiąc pętlę. Ten akurat nie robi, jedzie prosto z bazy na Mińsk. No to podjechałem tamże. Czekam, czekam, nie widać, żeby jakiś kierowca wychodził do autobusu. No masz. Jakiś inny, wróciwszy z ostatniego kursu został więc przeze mnie zaczepiony i zapytany, czy ten autobus jednak się pojawi. Okazało się, że jedzie nim inny kierowca niż zawsze i pewnie zakołuje w Latowiczu i nie wróci na bazę. No super, w trzy sekundy po usłyszeniu tej wiadomości miałem już w głowie plan: bieg (dosłownie) na przystanek (500m od bazy) i dojazd do Mińska PKSem (czyli miesięczny psu w du.., trzeba płacić). No, ale kierowca wpadł na genialny pomysł, że podwiezie mnie do tego Mińska. Nie, żeby był aż takim świętym, nie, nie. Wracał do domu po prostu. Ale myśl wspaniałomyślna i 7zł w kieszeni, i byłem na miejscu jeszcze wcześniej. No, zagmatwana historia, ale chciałem ją opowiedzieć. Żeby poczytać o autorskim spotkaniu trzeba przebrnąć przez taką falę bełkotu. Dobra, do rzeczy.

Jak to jest z tym Szymkiem? Ano, wygadany, dowcipny, skromny, konkretny, dobrze argumentuje swoje racje, OCH, ACH I W OGÓLE. Uwielbiam go słuchać, czytać, nawet oglądać, a co. Tylko, że wiecie co? Niczego ciekawego tak naprawdę się już nie dowiaduję. Nie zapala mi już zgaszonej lampki nad głową. Ja tak naprawdę wiem już to, co on chce przekazać czytelnikom. Ale lubię go. Strasznie. Dlatego, że porusza ciekawe kwestie, na które choć znam odpowiedź, wiem o co chodzi itd, to nie potrafię sprecyzować swoich przemyśleń. I jakbyś mnie zapytał, dlaczego wystawiono pomnik w Świebodzinie zamiast dać pieniądze powodzianom, to coś tam bym wystękał, ale nie przekonałbym Cię. A on wyjaśnił konkretnie. Ludzie są tacy i tacy, lubią pomniki, mają dobre intencje, dążą do pokazania jacy to oni religijni; co z tego, że wyszła komercyjna szopka, to nic złego. (Widzisz, znów popadam w bełkotliwy styl; dzięki temu może mnie zrozumiesz, taki paradoks, ot co). Szymon precyzuje mi pewne sprawy (teraz nawet nie wymienię Ci jakie to „sprawy”), które są dla mnie w jakiś sposób wątpliwe, którymi mogą mnie zagiąć antyteiści, czy ktokolwiek inny. Daje mi argumenty, porównania, siłę do wierzenia, do dalszego poznawania Boga.

Ze spotkania musiałem wyjść wcześniej (ostatni autobus, cholera). Chyba to nawet lepiej, wyszedłem strasznie przepełniony słowami Hołowni. Byłem totalnie obciążony i tak naprawdę nie wiedziałem co myśleć, dopiero po dotarciu na przystanek ochłonąłem i jakoś tam sobie poukładałem w głowie to spotkanie. Jedno jest pewne: przekonałem się, że sporo już wiem o Bogu. Skoro Szymon Hołownia nie mówi mi tak naprawdę nic nowego, to znaczy, że zrobiłem już kilka kroków w dobrą stronę. Mam już poukładane w głowie to, co mnie nurtuje. Nic mnie nie oświeci w jakiś znaczący sposób. Teraz trzeba to wszystko uporządkować (w czym Szymon mi pomaga) i iść dalej drogą miłości. Mówić o tej miłości (a jest naprawdę ciężko).

Jednak Szymon Hołownia odwala kawał roboty. Ponad sto osób, ludzie kupują książki, chcą się czegoś dowiedzieć o Bogu. Dla katolików „średnio-zaawansowanych” Hołownia jest idealny, dlatego że (tu wstaw określenia z trzeciego akapitu). Tak trzymaj, Szymek!

Mateusz Osiak

Dobry ze mnie chłopak, żaden odmieniec.