100% mnie – Zakamarki kolekcji #8

raport z walkiLudzie ozłocili „Wilka chodnikowego”, niektórzy uwielbiają „Labirynt Babel”, starzy fani kochają Bisza za koncept-epki, dla mnie natomiast numerem jeden jest „Raport z walki o wartość”.

Bisza poznałem dawno. Kawałek „Noce”, w którym znalazła się jego zwrotka, to mój osobisty klasyk od momentu premiery, czyli od prawie dziesięciu lat. Nie wiem, co mnie powstrzymywało przed diggowaniem za kolejnymi piosenkami bydgoskiego MC, ale mam wrażenie, że następnym jego utworem, jaki zawrócił mi w głowie były dopiero „Cudowne lata”. Znowu – setki odtworzeń, wrzucanie linków, gdzie tylko się dało, spamowanie po naszoklasowych forach i opisy na GG. Szaleństwo. Tak się rodziła miłość do muzyki Bisza.

Pierwsze moje wspomnienie z „Raportem…” to zmywanie słoików. Na pewno właśnie wtedy, w wakacje, w sezonie na robienie dżemów i ogórków, kiedy trzeba było przygotować dziesiątki naczyń na przetwory, miałem jeden z premierowych odsłuchów tej fantastycznej, jak się okazało, płyty. Album grał mi w nieodżałowanym Creativie Zen Nano Plus, który kilka lat później najpierw bez ostrzeżenia rozpadł się na pół (sklejony taśmą izolacyjną wciąż działał), a potem z nieznanych przyczyn odszedł na emeryturę.

Dlaczego wtedy nie kupiłem tego krążka? Pojęcia nie mam. Z kieszonkowych i drobnych zarobków udawało mi się czasami uzbierać na płyty, ale zawsze coś wygrywało z BOKiem. „Raport…” mam dopiero z reedycji zrobionej w 2012 roku (nabyłem też przy tej okazji nowszą wersję bootlegu „Od lat robimy swoje na BOK’u”, chociaż poprzednią też miałem, ale to inna historia) i od tamtej pory regularnie gra w domu oraz w samochodzie. A teraz przejdźmy do tego, co takiego wyjątkowego jest w tej płycie.

Kiedy wychodziła, byłem w liceum. Żadnych wybuchowych okresów buntu nie przechodziłem, ale samo słuchanie rapu uznawano wtedy za niezrozumiałe (przynajmniej w moich kręgach), szczególnie kiedy oddawało się temu większość wolnego czasu i diggowało się w poszukiwaniu całkowicie nieznanych rzeczy. Zupełnie odcinałem się od tego, co grało w popularnych radiostacjach, poważnie, do tej pory niektórzy znajomi dziwią się, że nie znam jakiegoś tam starego singla Rihanny czy innych „eskowych klasyków”. Kilka lat pod tym względem miałem kompletnie wyjętych i nie żałuję. A nuż, gdybym marnował czas na takie pierdoły czy szkolne dyskoteki albo inne studniówki, mógłbym przegapić m. in. takie materiały. To jedno. Drugie to mój światopogląd: od najmłodszych lat budowany na solidnych fundamentach, zmierzający w określonym kierunku, wciąż się rozwijający. Nie wiem, czy to problem mojego pokolenia, czy społeczeństwa w ogóle, ale niewiele znałem wtedy osób, które miały JAKIEKOLWIEK poglądy. Ot, obejrzeć nowe fotki znajomych, pograć w CSa, obejrzeć serial, tyle. Ja czytam o historii, muzyce, kupuję tygodniki (często inne, żeby poznawać nowe opinie), interesuje się literaturą, polityką (mniejsza o to, że w niczym nie byłem i nie jestem ekspertem), a inni w ogóle nie kumają, o co mi chodzi i po co tracę na to czas i pieniądze. Zazwyczaj tylko w internecie spotykałem osoby, z którym mogłem wymienić poglądy, pokłócić się o jakieś pierdoły czy zostać zbesztanym za brak elementarnej wiedzy na określony temat.

I przyszedł Bisz z płytą, która utwierdzała mnie w przekonaniu, że warto dokładać kolejne cegły do budowania swojego charakteru. Że nie warto się poddawać, że niektóre emocje warto po prostu w sobie uśpić, żeby twardo stąpać po ziemi i dążyć dalej do przodu – nawet jak cel jest niesprecyzowany, poruszamy się nadzwyczaj mozolnie, a to wszystko powoduje jedynie naiwna wiara w to, że coś się odmieni. Tutaj prawie każdy wers Bisza na mnie oddziaływał. Przede wszystkim mówił to, co ja chciałbym mówić, borykał się z podobnymi problemami, a jego największym wrogiem był on sam. Ze mną oczywiście nie było aż tak źle, ale z niczym nigdy się bardziej nie utożsamiałem. „Żegnam sie” gdzie Bisz rapował np:

Żegnam się w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, Amen
Jak pierwsi chrześcijanie nie boję się aren i lwów(…)
Żegnam się w imię matki, ojca, dziecka i żony
Póki co nie ma dla nas miejsca, ale wiem jak je stworzyć
Zakładam hełm z białym orłem, kiedy idę na robotę
Nie boję się lustra, patrzę w nie – widzę patriotę(…)
Żegnam się w imię ojczyzny, honoru i Boga
Te słowa znaczą tak mało, czas zbudować od nowa je(…)

to przecież 100% Osiaka w Osiaku. Wiara w Boga, miłość do ojczyzny, chęć wygrania w przyszłości życia i bycia porządnym człowiekiem. W „Nic do stracenia”  raper motywował:

Spałem mocno, ale pewne rzeczy nie gasną
Muszę wstać przeciągnąć linę między „mogę”, a „mam to”
Przejść po niej, kłopoty są przejściowe
Będę trupem, jeśli nie zobaczysz mnie na nowej stronie(…)
Moje poglądy nie są mną, choć jak siebie je zmienię na lepsze
Do zdobycia mam wiedzę, level i twoje serce
Do pozbycia zwątpienie w siebie i w twoje serce
Jedno jest pewne – to, że mogę więcej(…)

To dawało naprawdę wielkiego kopa do działania i dodawało wiary w siebie, a przecież jeszcze większe motywacyjne działa wytoczył w doskonałym „Mamy cel”, z którego drugą zwrotkę umieściłbym gdzieś na topie najlepszych wersów w polskim rapie. W „Sam jak palec” Bisz przekonywał, że można być samym jak palec, będąc przy tym nonkonformistą, królem samego siebie i wystawiać „fucka” reszcie, a ja chłonąłem tę ideologię i stawałem się sobą. Przedtem oczywiście zamykając napisany już rozdział wraz ze słowami:

Pieprzę łzy, jebię płacz, moją tęsknotą nie wypełnisz dwóch sekund
Rzucam to i wiem, po co
Wypierdalać z mojego życia, wątpliwości, duchy przeszłości
Zamykam rozdział. Popatrz, jak znika historia, jak prostuję znaki zapytań w wykrzykniki końca

Niemal każdemu utworowi z tej płyty mógłbym poświęcić taki esej i bez żadnej hiperboli opisywać swoje emocje towarzyszące pierwszym odsłuchom „Raportu z walki o wartość”, a przecież tu jeszcze całość tworzy koncept, w którym przewijają się motywy religijne (co Bisz dalej praktykuje). Niektórzy mogą z niesmakiem przyjąć skity, prowadzące do interpretacji, że frontman B.O.K robi tu za Mesjasza samego siebie czy nadstawianie drugiego policzka zmienia w całowanie drugiego pośladka, ale przecież nie o naśmiewanie się z Boga tu chodzi. (Swoją drogą, ktoś na Ślizgu kiedyś analizował tę płytę w kontekście buddyzmu). Oczywiście znajdziemy tu i wady. Zwrotkę Oera niemal zawsze pomijam i to nawet nie przez to, że jest słaba, ale po prostu nie ma takiej mocy jak te Bisza, skity na dłuższą metę męczą, Biszowi czasami siada dykcja, a flow jeszcze nie to, co teraz. Ale to tylko drobnostki.

Nic nie przeszkodzi mi w nazywaniu „Raportu z walki o wartość” największym dziełem Bisza. Mówcie sobie o „Wilku chodnikowym”, który trafił do mas, mówcie o „Zimach”, które stały się podziemnym klasykiem, jednak do mnie to właśnie opisywany dziś krążek krążek trafił najbardziej. Wiem, że w 2015 roku te wersy raczej nie zrobią już takiego wrażenia, a samo wczuwanie się w te teksty może wydawać się śmieszne, ale musiałem złożyć temu albumowi hołd. Najbardziej osiakowy album. Definiujący mój światopogląd. Wskazujący za horyzont. Dzięki Ci, Biszu. Nawet jak teraz już „Raport…” nie oddziałuje na mnie tak silnie, to kiedyś zrobił sporo dobrego w moim życiu.

Jeżeli podoba Ci się to, co piszę i chcesz mi pomóc w utrzymaniu serwera, a przy okazji masz zamiar kupić sobie jakąś płytę – zrób to z mojego linku. Jak nie kupujesz płyt – dołącz do fanpage’a strony.

KUP PŁYTY Z PODZIEMIA I MAINSTREAMU NA PREORDER.PL

Mateusz Osiak

Dobry ze mnie chłopak, żaden odmieniec.