Najlepsze płyty 2014 roku w polskim rapie

2014
W tym nieciekawym i nudnawym roku dla polskiego rapu znalazło się kilka perełek, które postarałem się sensownie poukładać w rankingu. Co z tego wyszło?

Cóż, żadna z tych płyt w stu procentach nie trafiła w mój gust, niemniej do kilku z nich wciąż powracam. Długo męczyłem się z poszczególnymi pozycjami w drugiej części dziesiątki, ale niestety nie ze względu na konkurencję, a na wybieranie płyty z jak najmniejszą ilością wad. Miejsca nie są sztywne, często je zmieniałem i pewnie układając to zestawienie jutro, miałoby ono inny wygląd.

1. Ten Typ Mes „Trzeba było zostać dresiarzem”
Nie mogło być inaczej. Najnowsza płyta Mesa deklasuje inne pod względem dojrzałości, udanych eksperymentów, tekstów czy możliwości raperskich. Po dwóch poprzednich albumach miałem już dość warszawiaka, który coraz częściej rozmijał się z moim gustem, jednak na nowym pokazał swoje nieprzeciętne umiejętności na wszystkich polach. Na „Trzeba było zostać dresiarzem” najbardziej poruszają mnie obserwacje Mesa – być może niezbyt wnikliwe i dla wielu oczywiste, ale przecież trafiające w samo sedno i pokazujące przekrój naszego społeczeństwa: biegaczy, dresiarzy, ochroniarzy, taksówkarzy, działkowiczów i wąsatych Januszów. Bardzo utożsamiam się z kilkoma wersami w „Nie skumasz jak to jest”, czuję się mieszkańcem stolicy słuchając „Ikarusałki”, zahipnotyzowany wciskam repeat przy „Ponagla mnie”. Nawet jeżeli nie do końca kupuję wszystkie eksperymenty i czasami wolę przełączyć „Tul petardę” czy „Co u żuka?”, to tylko dla tego, że w pozostałe kawałki przyciągają bardziej. Co również miłe, pięknie wydano limitowane wydanie tego krążka.

2. B.O.K „Labirynt Babel”
„Wilk chodnikowy” miejscami wyglądał, jakby był pisany pod publiczkę – jeśli tak, to efekt Bisz uzyskał, a ja nie mam mu tego za złe, bo grunt, że stanął w końcu w pierwszym rzędzie polskich raperów. Obawiałem się, że „Labirynt Babel” będzie podobny – łatwy do słuchania, z lovesongami, hashtagami i tak dalej. Tymczasem nowy projekt bydgoskiego składu jest kompletnie inny. Niesamowitą robotę wykonał tu Oer, który doskonale wykorzystał instrumenty i świetnie zaaranżował te utwory. Bisz natomiast pisze mądrze, nawiązując do religii i psychologii, przez co nie jest tak strawny jak wcześniej, ale na pewno nie wychodzi z formy. Ciekawie i udanie wypadło stawianie się w roli Boga oraz inne koncepty, a niektóre kreowane przez Bisza obrazy kopią w głowę – po prostu warto posłuchać tego, o czym pisze lider B.O.K. Na pewno to najmniej chwytliwy album grupy i nie wszystkim spodoba się tak ciężki klimat, ale przecież wartość „Labiryntu” na tym nie traci. Tylko dlaczego tak mało tu Kaya?

3. Flint „Zła sława”
Jedno z największych tegorocznych zaskoczeń. Podirytowany ciągłym graniem supportów Flint zaczął pisać ironiczne linijki, postawił na ciekawe koncepty (pisałem o nich w podsumowaniu zaskoczeń roku) i szczerość, nawet jeżeli nie zawsze jest się czym chwalić. Pod względem flow zwycięzca WBW z 2009 roku zrobił w ostatnich latach niebywały postęp i można śmiało mówić, że ma jeden z najlepszych warsztatów w Polsce, co udowadnia na „Złej sławie”. Album ubarwiają też elektroniczne, bujające i pasujące do tych konceptów bity, za które odpowiedzialni są Udar, DJ Flip, Luxon, Barthvader oraz Vinylstealer. Trzeba życzyć Flintowi, by dzięki „Złej sławie” otworzyły się przed nim nowe drzwi kariery i by wreszcie został headlinerem na koncertach, bo naprawdę na to zasługuje. To na pewno jego najlepiej przyjęty album, ale czy raper z Koka Beats będzie mógł w końcu powiedzieć, że jest spełniony, zamiast mówić: „Jestem skończony”?

4. Kuba Knap „Lecę, chwila, spadam”
Długo przekonywałem się do stylówki Kuby Knapa i nie mogłem zrozumieć zachwytów nad gościem rzucającym wersy od niechcenia w przerwach między popijaniem Perły. Jednak „Lecę, chwila, spadam” sprawiło, że sam zacząłem fascynować się reprezentantem Alkopoligamii. Jedna sprawa to ten niezwykły luz, przejarany state of mind i unikalna stylówka. Za tym wszystkim stoi jednak także doskonałe ucho do bitów (weastcoastowych, g-funkowych, brzmiących niezwykle ciepło i przyjemnie) oraz – przy całej tej pijackiej otoczce – zdolność do całkiem dobrego komentowania rzeczywistości czy opisywania relacji damsko-męskich. Bywa, że Kubie zdarzą się jeszcze jakieś niepotrzebne, prostackie wersy z genitaliami w roli głównej, ale można mu wybaczyć: to cały on, to jego świat, nic nam do tego, napijmy się.

5. Spinache „Spinache”
Wspaniałą rzecz zrobił ten weteran sceny i miał wielkie szczęście, że UrbanRec tak wspaniale wypromował jego album (wspominałem o tym, pisząc o tej płycie w zaskoczeniach roku). Spinache z gościa, którego kojarzyli pewnie tylko nieco starsi słuchacze i Lavoholicy, stał się bardzo ważną postacią sceny. „Spinache” to bardzo dojrzały krążek: z imprezowymi momentami, z chwilami na refleksję czy nawet nostalgię. Wszystko zostało ujęte w newschoolowych ramach, które nie tylko bujają, ale bywają delikatne czy czasami wręcz radiowe. Nie dziwi, że udało się wepchnąć Spinache’a do programów śniadaniowych, skoro jego rap jest lekkostrawny nawet dla tych, którzy za tym gatunkiem zdecydowanie nie przepadają. Życzę Spinache’owi, by jak najszybciej wypuścił kolejną solówkę i ugruntował sobie pozycję na scenie. I niech wjeżdża do mediów, taki rap będzie świetnie się tam nadawał.

6. Soulpete „Soul Raw”
Ta płyta to jedno z największych tegorocznych wydarzeń. Polski producent, znany ostatnio najbardziej z ekipy Rap Addix, wypuszcza producencki projekt, na którym znajdują się tylko amerykańscy MCs. I to nie byle jacy, wszak Blu, Oddisee, Smif N Wessun, Guilty Simpson czy Hezekiah to lubiani gracze z dobrymi dyskografiami. Tak jak wskazuje tytuł albumu, Soulpete postawił na surowe brzmienie, do których dołożył potężne bębny. Nietypowo, dla wielu pewnie to już przeterminowany rap, ale nie brakuje mu chwytliwości i duszy. Wydaje się, że Polska już dawno zapomniała o tej produkcji po trosze przez ciężkość bitów, po trosze przez to, że nie ma tu polskich raperów, niemniej w USA wciąż pojawiają się newsy o tej produkcji. Czysty hip-hop A.D. 2014, który jest prztyczkiem w nos dla uciekających w przód słuchaczy: można jeszcze zrobić krążek w takim stylu i może on konkurować z innymi.

7. Abel „Ostatni Sarmata”
W 2012 roku Donatan zrobił płytę o Słowianach, teraz Abel postanowił stworzyć równie „polski” krążek – o Sarmatach. Prócz zgrabnie i nienachalnie wtłoczonych tu folkowych dźwięków mamy wiele odniesień do czasów, w których miód lał się dzbankami, a po szabelkę chwytano nader często. Sam koncept to jedno, drugie to forma byłego członka Smagalaz, który przyćmił w Wielkim Joł samego Tedzika. Giętkie flow, cięte linijki, zero miejsca na jakąkolwiek nudę, za to z olbrzymim imprezowym zastrzykiem, wyczuciem podkładów i pomysłów na to, jak zawojować bity. Wielkie propsy, bo uczciwie przyznam, że nie spodziewałem się po Ablu tak dobrej płyty i jeszcze większy szacunek dla głównego producenta „Ostatniego Sarmaty”, Brata Jordaha, który stworzył fenomenalne podkłady zarówno tutaj, jak i na nagranym ze swoim bratem materiale „Chyba na pewno” pod nazwą Flaszki i Szlugi.
Gdyby Onufry Zagłoba był raperem, to z pewnością nagrałby taki krążek.


8. Włodi „Wszystko z dymem”
Nie sądziłem, że aż tak ruszy mnie ten krążek. Nie darzyłem członka Molesty żadnym sentymentem i z dystansem patrzyłem na pompowanie balonika, o czym pisałem w recenzji tego krążka („Jedyny zaskoczony?”). Ten okazał się znakomitym obserwatorem, piszącym niebywale lakoniczne, a zarazem plastyczne linijki oraz raperem, który może opowiadać mi o tym, jak pali marihuanę na dachu wieżowca czy o drodze po towar, a ja – mimo że kompletnie nie dotyczą mnie takie historie – i tak będę chłonął te opowieści. Zwrotki Włodiego podkreśla duszny, zadymiony klimat, mroczny równie jak niektóre jego przemyślenia. A najbardziej na „Wszystko z dymem” zaskoczył mnie chyba wspólny kawałek Molesty i jeżeli panowie mieliby w planie płytę w podobnym klimacie, to jestem jak najbardziej za.

9. Mroku „W drodze do domu”
Mam nieodparte wrażenie, że ta płyta potrzebuje kilku miesięcy, żeby dojrzeć. Ciągle myślę, że gdy przesłucham ją w jakimś innym okresie życia, to może jeszcze bardziej zyskać w moich oczach i wskoczyć kilka oczek wyżej. Niemniej, to bardzo dobry krążek, szczególnie po rozczarowujących „Bajkach robotów”. Niektóre linijki Mroka są jak zimny prysznic, szczególnie że przypomina nam o rzeczach, jakie chcielibyśmy wyrzucić ze świadomości. Za to go szanuję i nawet, jak często różnimy się światopoglądem (a ataki na Kościół tutaj są dość płytkie), to lubię wysłuchać to, co ma do powiedzenia. To na pewno najmniej znany raper z tego zestawienia, a szkoda, bo zasługuje na wiele więcej. Idź za ciosem, Mroku, i nie każ czekać długo na kolejny projekt. Do „W drodze do domu” pewnie wracał pewnie równie często, co do jego najlepszej płyty i podziemnego klasyka, czyli „Mrocznych nagrań”.

10. Vixen „Loco Tranquilo”
Nieco olewany jest ten gość. Nie wiem, czy to dlatego, że wypuszcza tak dużą ilość płyt, czy dlatego, że to wina wytwórni RPS, z której zdążył pod koniec roku uciec, a która nie zrobiła mu wystarczającej promocji. Sam pomijałem jego twórczość, aż w końcu, zachęcony wieloma słowami pochwały, sprawdziłem „Loco Tranquilo” i przy niektórych kawałkach kręciłem głową z niedowierzaniem. Vixen ma niezwykle dobry warsztat, skłonność do pisania błyskotliwych, zaskakujących wersów i do rozkminania tematu we wszystkie możliwe strony. Jedynym, ale za to poważnym problemem „Loco Tranquilo” jest długość albumu i ilość niepotrzebnych wypełniaczy. Gdyby wyrzucić kilka z nich byłoby zdecydowanie lepiej, a także do całego materiału wracałoby się z większą przyjemnością. Niemniej – warto poznać tę płytę.

PS Jeżeli chcecie kupić któryś z tych albumów i dać mi na piwo, to polecam zrobić to przez kliknięcie w okładkę albumów – to przekieruje Was do preorder.pl

Mateusz Osiak

Dobry ze mnie chłopak, żaden odmieniec.

  • pemo

    czemu w tym zestawieniu nie ma Pro8l3mu?

    • blogosiaka

      Bo mam ambiwalentne odczucia co do niego, a do tego to tylko mixtape. Z nadzieją czekam na LP.

  • Es Te Ha

    Penx? Kartky?

  • Ja niee wiem, ten Mes to jakiś przehajpowany jest dla mnie. Płyta dobra, ale szału nie robi.

  • rtfl

    zachęcony wpisem przesłuchałem „Złą sławę”, i musze powiedzieć że po pierwszym odsłuchu wskoczyla do mojego top5 2014

    • blogosiaka

      Bardzo miło to słyszeć! : )

  • Pingback: Płock is coming: Bisz + B.O.K Band [8] | Blog Mateusza Osiaka()