Dekadę wstecz: crème de la crème [1]

Bezczelność, bezpośredniość, pewność siebie, luz, charyzmatyczny MC, dobra produkcja – tych słów i zwrotów można by użyć przy opisywaniu wszystkich płyt z tej grupy. Ciężko jednak nie sięgać po te ogólniki, pisząc o albumach, które już dawno zostały rozłożone na czynniki pierwsze. To absolutne klasyki gatunku, których znajomość jest obowiązkiem. Przed Wami śmietanka polskiego rapu.

„Wbij sobie w łeb: to klasyk i najlepsza płytka jaka ma wyjść w 2003” nawija Eis w „Zmienić grę” i nie sposób się z nim nie zgodzić. Co więcej, śmiało można dodać, że to najlepszy album w całym polskim rapie, a składa się na to ogrom czynników. 20-letni chłopak, który jeszcze dwa lata wcześniej zajmował się opowiadaniem głupot na „Poszło w biznes” w 2003 roku bezkompromisowo wbił się na scenę z materiałem opowiadającym o jego marzeniach i o niebywałej chęci wygrania życia. Nawijkę Eisa charakteryzuje słynne „przerywane flow” (pojęcie wymyślone chyba tylko na potrzebę opisania tego stylu), a także liryczna zuchwałość i niebywała charyzma na mikrofonie. „Gdzie jest Eis?” zawiera kapitalnie motywujące utwory („Najlepsze dni”, „Teraz albo nigdy”), kawałki, z którymi prawie każdy może się utożsamić („Polski sen”) mocne, wbijające się w głowę linijki (praktycznie każdy wers jest godny zacytowania), doskonałe bity od najlepszych polskich producentów (m. in. Noon, Praktik, Korzeń, O.S.T.R.), bardzo dobre gościnne zwrotki Pezeta i Małolata oraz świetny refren Mesa. Płyta niedoceniona w momencie jej wydania, teraz ubóstwiania w całym środowisku. Szkoda, że Eis poprzestał na tym idealnym materiale.

O legalnym debiucie Mesa i Blefa również można pisać w samych superlatywach. Raperzy postarali się o ciekawe storytellingi („Powiedz, gdzie jest F?”), koncept tracki („List”, „Acha”), dobry wspominkowy kawałek („8-8”), przechwałki dotyczące kobiet (hidden track Mesa)… i tak dalej. „Fach” nie ma słabych momentów, od początku uderza nas mieszanka świetnej treści i formy – masa podwójnych, szczególnie ze strony Typa, który znajdował się w znakomitej dyspozycji („Mówił: będziesz ze mną miała krok do Boga / jakby co znam dobrego proktologa”). Blef jest spokojniejszy, bardziej wyważony i czasami mniej konwencjonalnie podchodzi do tematu. Chociaż nie dorównuje Mesowi we flow i technice to nie można mówić o nim jak o gorszej połowie Flexxipu. MCs pływają po świetnych, lekkich, chillujących i wpadających w ucho bitach. Deskrypcja tej płyty również ogranicza się do wychwalania kolejnych jej elementów, dlatego odsyłam do materiału. Co porabiają ci raperzy w 2013 roku? Blef, mimo tego,  że wydał niezłą solówkę, dołączył do grona wielkich nieobecnych na scenie. Mes to dalej ścisła czołówka gry, szczególnie pod względem flow.

Ilość klasycznych kawałków znajdujących się na tym dwupłytowym materiale jest ogromna. „Zeszyt rymów”, „Wielkie joł” czy „360 Obrót” to numery znane przez wszystkich, a to tylko początek albumu. Dalej mamy jeszcze „Przyczajony hip, ukryty hop”, „Pili gin”, „D.I.S” … i można by tak wymienić prawie całą tracklistę. Mówi się trochę o tym, że gdyby wybrać najlepsze kawałki i wydać „Hajs, hajs, hajs” jako pozycję jednopłytową, to byłoby o wiele lepiej, ale ja jestem innego zdania. Tutaj nie ma nudy, mimo że Tede raczej nie wykracza poza bragga, rap o imprezach, baunsie, jaraniu i dziewczynach czy rap o rapie to często podejmuje te tematy w dość ciekawy sposób, a wyluzowana nawijka TDFa urzeka i ciągnie każdy kawałek. W gronie producentów m.in. Jajo, O.S.T.R, IGS, Camey, O$ka i sam Tede. Klimaty baunsowe, trochę eksperymentów, trochę bangerów. Bitów spokojnych jest o wiele mniej, ale znajdziemy „Zeszyt rymów” wyprodukowany przez Bartka Królika albo „Proste” O$ki. Według mnie „Hajs, hajs, hajs” zdecydowanie lepiej zakonserwował się niż „S.P.O.R.T.” i dalej bez skipowania można przesłuchać cały album. A tęsknota za Tedzikiem w takiej formie coraz większa.

„Jazz w wolnych chwilach” to dwupłytowy album wypełniony po brzegi rapem. Materiał obejmuje aż 42 utwory i trwa grubo ponad dwie godziny. Obecnie tak długie słuchanie OSTRego doprowadzałoby do myśli samobójczych, kiedyś była to czysta przyjemność. Produkcja jak sama nazwa wskazuje naszpikowana jest jazzem. A to trąbki, a to flet, a to skrzypce, a to saksofon, a to jakiś inny instrument. Brzmi to perfekcyjnie i czas zupełnie nie ruszył tych podkładów, dalej są świeże i nie trącą myszką. Tematyka jak zwykle u Adama: moralizatorstwo, antysystemowość, Łódź, palenie jazzu, ale obok tego znajduje się wiele fajnych patentów na kawałki jak chociażby „Program” czy „Z-łodzi-eje”. Dziesięć lat temu śmiało można mówić o OSTRym jak o najlepszym raperze w kraju. Świetne flow, ogromny luz i pewność na mikrofonie, więcej konkretów niż gadania głupot. Wtedy był w stanie spłodzić tak dobre kawałki jak „Rap po godzinach”, „Nie lubię poniedziałków” czy „Początek”. Oczywiście klasyk i chyba najlepszy dwupłytowy album w Polsce. Kto dekadę temu powiedziałby, że na nowe materiały Adama większość słuchaczy będzie patrzyła z odrazą?

Zanim Eldo stał się najbardziej wyśmiewanym raperem w Polsce, nagrywał płyty, które dalej potrafią poruszyć słuchaczy. W przeciwieństwie do reszty albumów z tej grupy „Eternia” zawiera o wiele głębsze i bardziej przemyślane treść. Leszek jest tutaj obserwatorem, krytycznie patrzącym na to, co dzieje się wokół, jego refleksje często gorzko i dosadnie opisują rzeczywistość, dostaje się też hedonistycznym raperom nastawionym tylko na zysk. Brak tu bezczelności czy hitowych, porywających podkładów mimo tego znajdują się tu utwory, które zapisały się złotymi literami w historię polskiego rapu. Mowa oczywiście o świetnym lovesongu „Chodź ze mną”, „Zza szyby”, gdzie Eldo narzeka na hip-hop i ceni sobie swoją niezależność oraz o antyplotkarskich „Mędrcach z kosmosu” (swoją drogą ten numer został kompletnie zniszczony przez remixy z freestylem). Ale wspomnieć należy też o mniej znanych, choć równie dobrych (a może i lepszych?) trackach takich jak „Plaża”, „Myśli” i „Połamany ludzik”. O spokojny, nastrojowy klimat zadbali między innymi Ajron, Webber i DJ Wich. „Eternia” to zdecydowany skok jakościowy od „Opowieści o tym, co tu dzieje się naprawdę” i potwierdzenie wielkiej klasy Eldo.

Mateusz Osiak

Dobry ze mnie chłopak, żaden odmieniec.