Marsjanin: książka vs film

untitled-design

„Marsjanin” zamieszał w głowach zarówno fanów książek, jak i filmów. Osobiście ekranizację widziałem tuż po premierze, a dopiero kilka dni temu skończyłem słuchać audiobooka. Historia napisana przez Andy’ego Weira zainteresowała mnie na tyle, że pokusiłem się o kilka słów komentarza.


Ogólnie rzecz biorąc, śmieszna sprawa z tym „Marsjaninem”. Tuż przed polską premierą książki dostałem od Wydawnictwa Akurat propozycję jej zrecenzowania, ale odmówiłem, mimo że opis wydawał się ciekawy (jak zawsze zresztą). Z czasem było u mnie jak zwykle krucho, chciałem się odciąć od tego, co podrzucały mi wydawnictwa, więc odpuściłem to – jak mi się wydawało – lekkie, typowe science-fiction, za którym średnio przepadam. Minęło parę tygodni i ze zdziwieniem patrzyłem, jak przybywa recenzji chwalących „Marsjanina”. Po kilku miesiącach okazało się też, że wkrótce pojawi się ekranizacja powieści Andy’ego Weira. No ładnie, pomyślałem, niezłą okazją wypuściłem z rąk.

Zamiast gnać czym prędzej do księgarni (a raczej zamówić „Marsjanina” przez internet), najpierw wybrałem się na film Ridleya Scotta z Mattem Damonem w roli głównej. Naprawdę przyjemne filmidło. Wyprawę na Marsa kończy ogromna burza piaskowa, a załoga uciekając przed żywiołem zostawia na czerwonej planecie ciało (jak sądzą) botanika Mark Watney (Damon). Watney jednak cudem unika śmierci i musi przetrwać na Marsie aż do ewentualnej akcji ratunkowej. Oczywiście to nie proste zadanie: mimo że była to kolejna wyprawa na odległą planetę i Mark ma bazę, w której może się schronić, statki kosmiczne potrzebują miesięcy, by tam dotrzeć. Watney sadzi więc ziemniaki (Matt Damon sadzi ziemniaki, czaicie? To się nazywa idealne obsadzenie roli), próbuje się skontaktować z Ziemią, jeździ łazikiem i tak dalej, i tak dalej. Oczywiście przeróżne wydarzenia rujnują jego genialne plany, a powrót do domu co chwila oddala się i przybliża.

Mimo że od początku wiemy, jak skończy się ta historia, w fabule filmu da się zauważyć dziury, a w niektórych wątkach brakuje głębi, to przyjemnie przegryzało się popcorn przy tym filmie. Trochę śmiechu, trochę akcji, trochę „czegoś nowego”, bo film sprawia wrażenie historii, która naprawdę może wydarzyć się za kilkanaście (dziesiąt?) lat. Żadne wybitne kino (nominacja do Oscara zdecydowanie na wyrost), ale odmóżdża i relaksuje. No i Matt Damon udźwignął rolę, trzeba mu to oddać.

Z książką zwlekałem aż do niedawna, kiedy to na siłowni wrzuciłem sobie na słuchawki audiobooka czytanego przez Jacka Rozenka. Z każdym kolejnym rozdziałem „Marsjanin” zaczął zdobywać głębię: Weir zadbał o to, by wszystkie przygody Watneya były drobiazgowo opisane i poparte naukowymi dowodami. Bebechów tej historii dodało także rozbudowanie wątków „naziemskich”, czyli np. tego, jak NASA dbała o PR czy niektórych egzystencjalnych przemyśleń Watneya. „Marsjanin” stał się przyjemniejszy niż dotychczas, choć oczywiście dalej należy stawiać go obok innych lekkich książek świetnie nadających się do relaksu. Sporą rolę w odbiorze odegrał też Jacek Rozenek, który świetnie oddawał wszelkie humory Watneya.

„Marsjanin” nie należy zatem do wyjątków. Zdecydowanie lepiej najpierw sięgnąć po książkę, a dopiero później po film. W przeciwnym razie może odrzucić, szczególnie że w filmie mamy też trochę typowo hollywódzkich rozwiązań, przez które moi rodzice do tej pory śmieją się z tej ekranizacji i uważają ją za jeden z najgorszych gniotów, jakie ostatnio widzieli. Jeżeli podejdziecie do tej historii tak jak ja, czyli na luzie, bez większych oczekiwań i z popcornem albo piwem w ręku, to nie powinniście się zawieść.

***
Swoją drogą, bardzo ciekawie o tłumaczeniu „Marsjanina” pisze Paweł Pollak, polecam zapoznać się  z tym tekstem, choćby po to, by uświadomić się w tym, jak tłumacz może spartaczyć swoją robotę: Siejemy ziemniaki, czyli kosmiczna fuszerka

Mateusz Osiak

Dobry ze mnie chłopak, żaden odmieniec.