Nocne Maratony Filmowe – daję okejkę

NMFDrugi raz spędziłem całą noc w kinie na oglądaniu filmów i ponownie wyniosłem bardzo pozytywne wrażenia.

Nigdy nie byłem wielkim kinomanem. Co prawda, od czasu do czasu wybierałem się na jakiś film, ale nie mogłem powiedzieć, że interesuję się tą dziedziną sztuki. Ot, widziałem kilka ważniejszych i głośniejszych obrazów, tyle mojej wiedzy. Od niedawna to się zmieniło. Mam więcej czasu, obejrzałem trochę dobrych filmów co przekonało mnie, że film może leżeć na tej samej półce co literatura i muzyka. Daleko mi oczywiście do komentowania filmów tudzież zgrywania wybitnego krytyka, jednak zajawka jest. Może nie kipi gęsta, ale coś tam się gotuje.

Pod koniec ubiegłego roku udałem się do Heliosa na Nocny Maraton Filmowy z „Igrzyskami śmierci”. Powieści Suzanne Collins jeszcze nie czytałem, widziałem za to pierwszą część,  która – choć trudno było mi ją jednoznaczne oceniać – mnie zaintrygowała. Ciekawiły mnie kolejne części i maraton wydawał się dobrym pretekstem, by je w końcu zobaczyć. Okazało się, że:
a) hajp na „Igrzyska” jest przeogromny – otworzono aż trzy sale,
b) narzeczona i ja zawyżamy średnią wieku,
c) kinogimby irytują tak samo jak rapgimby.

Mimo wszystko było naprawdę ciekawie. Przede wszystkim dało się wysiedzieć te kilka godzin w kinie, co więcej, pomogło to w zanurzeniu się w klimat „Igrzysk” i ułatwiło ugryzienie tej historii. Nigdy wcześniej nie miałem też tylu przemyśleń po seansie, co wtedy, gdy wpatrywałem się przez całą noc w wielki ekran. Zrobiło to na mnie olbrzymie wrażenie, nawet jeżeli był tłum, a gimby robiły selfies z Jennifer Lawrence.

Wczoraj odbył się seans polskiego kina, o czym wspominałem na fanpage’u. „Ziarno prawdy”, czyli ekranizacja powieści Zygmunta Miłoszewskiego (kolejny raz przekonałem się, że MUSZĘ po niego sięgnąć), wszędzie propsowani „Bogowie”, mocne „Służby specjalne” i przeważnie krytykowane (i słusznie) „Hardkor disko”. Względem poprzedniego maratonu zmieniło się wiele. Przede wszystkim widzowie. Około 50 osób, większość dorosłych, trudno mówić o nich jak o koneserach – zwykli ludzie, żadni odmieńce – ale nikt nie przeszkadzał (oczywiście poza kilkoma januszami wybuchającymi gromkim śmiechem przy każdym ostrzej rzuconym bluzgu). Wrażenia podobnie świetne; noc zleciała szybko, a w głowie zostało naprawdę wiele przemyśleń i obrazów.

Bardzo spodobała mi się ta idea Nocnych Maratonów Filmowych i jestem przekonany, że jeszcze nieraz zarwę noc, oglądając filmy. Bez względu na to, czy znam te filmy i czy ich opisy przekonują. Zdecydowanie inaczej wygląda odbiór kina podczas takiego wydarzenia. Pewnie ci, którzy chodzą na maratony wiedzą, o czym mówię. To teraz co, festiwal filmowy?

Mateusz Osiak

Dobry ze mnie chłopak, żaden odmieniec.