Wilk z Wall Street: książka vs film

wolf_wall_street2
Leonardo Di Caprio jako Jordan Belfort („Wilk z Wall Street”, 2013)

Trudno uwierzyć, ale jedna z najlepszych komedii ostatnich lat powstała na podstawie do bólu przeciętnej książki.

UWAGA, NIEWIELKIE SPOJLERY

Wiecie, skapcaniałem już trochę. Kino, scena, na której ludzie zrywają boki, a ja kulę się zniesmaczony albo przewracam oczami, bo zupełnie nie rusza mnie ten humor. Kiedy wszyscy wokół propsowali „Deadpoola”, dla mnie był zlepkiem żartów dla gimbusów. Takie „hity” jak „Co ty wiesz o swoim dziadku?”, „Babskie wakacje”, „Sekstaśma” czy 90% filmów z Sandlerem omijam szerokim łukiem, bo mdleję na nich z zażenowania. Jeśli coś z założenia ma być śmieszne, zazwyczaj mnie nie bawi; trochę jak kabaretami. Lubię rzeczy nieoczywiste, absurdy i generalnie lubię się pośmiać (serio!), ale muszę mieć ku temu powody.

A takich powodów jest w „Wilku z Wall Street” na pęczki. Oglądając głównego bohatera śćpanego tak bardzo, że dostaje porażenia mózgowego śmiałem się w głos i rozsypywałem dookoła popcorn. Zresztą już samo otwarcie filmu i konkurs rzutów karłami do tarczy okraszony komentarzami jednego z organizatorów, który twierdzi, że karły mają nadprzyrodzone moce to wyżyny absurdu. Żarty żartami, jednak sam zestaw gagów to nie wszystko, a film Martina Scorsese ma jeszcze co najmniej dwa czynniki, które powodują, że od „Wilka z Wall Street” trudno się oderwać – niezłą fabułę i świetnie skonstruowane postaci.

Historia Jordana Belforta, w którego rolę wcielił się absolutnie fantastyczny Leonardo Di Caprio, to zgrabna opowieść o tym, jak zwykły makler przeistacza się w żądnego pieniędzy i sławy milionera, który z rozkoszą spełnia wszystkie swoje zachcianki. Zachłanność szybko sprawia, że coraz bardziej odlatuje od normalności, kierując się w stronę nałogów, podwójnych standardów i niezdrowego hedonizmu. Największą zaletą filmowego Belforta jest to, że zawsze potrafi wzbudzić sympatię. Najpierw wtedy, gdy jako żółtodziób pojawia się na po raz pierwszy na Wall Street, potem gdy zaczyna się dorabiać i korzystać z tego, na co go stać, a nawet wtedy gdy w końcu dostaje to, na co zasłużył. Mimo że większość z nas pewnie krytykowałaby jego kolejne posunięcia (nomen omen!), to nie sposób nie ulec urokowi Leo. Przekonuje, że chociaż wiele popełnił błędów, to warto dać mu szansę, bo gdzieś w środku jego duszy ocalało dobro.

Ten urok, ten magnes w osobie Di Caprio, a także innych aktorów, bo nie sposób nie docenić pięknej Margot Robbie w roli żony Belforta czy Jonaha Hilla jako jego najlepszego kumpla, to coś, czego brakuje autobiografii Wilka z Wall Street. Kartkowałem tę książkę i irytowało mnie w niej chyba wszystko, co tylko mogło. Po pierwsze, ton autora, który zdaje się być mega bucem, a jego skrucha to wielka ściema. Po drugie, dość sztywny sposób opowiadania anegdot (być może to kwestia tłumaczenia). Po trzecie, sama treść, która jest bardziej zlepkiem historyjek niż prawdziwą historią. Po czwarte, te nieustanne próby wybielenia swojego obrazu. Po piąte, wyczuwalne koloryzowanie historii. O ile trzygodzinny film zlatuje nie wiadomo kiedy, o tyle przez książkę trzeba brnąć. A i o to trudno – ja odpuściłem po mniej więcej dwóch trzecich utraciwszy wiarę w to, że znajdę tam cokolwiek dobrego.

Zdarza się to niezwykle rzadko, ale filmowa wersja z 2013 roku deklasuje wydany sześć lat wcześniej książkowy pierwowzór. Scenarzysta Terence Winter wydobył co najlepsze z autobiografii Belforta, a Scorcese stworzył z tego naprawdę porządny i pełny dobrego humoru film, do którego z przyjemnością się wraca. Książkę natomiast z czystym sercem możecie sobie darować.

Mateusz Osiak

Dobry ze mnie chłopak, żaden odmieniec.