Gra Endera: książka vs film



UWAGA SPOJLERY

Jakiś czas temu przeczytałem „Grę Endera”… Nie, „przeczytałem” to złe słowo – ja ją pochłonąłem, kompletnie odrywając się od słuchania wykładów z semiotyki i morfologii. Historia stworzona przez Orsona Scotta Carda wciągnęła mnie na długie godziny i chociaż kolejne części sagi stały co najmniej poziom niżej (co nie znaczy, że byly słabe!) to zostałem jej fanem. Długo zabierałem się do obejrzenia ekranizacji tej powieści, jednak w końcu to uczyniłem i jestem nieco rozczarowany, że historii Andrew (Endera) Wiggina wydarto serce.

Chciałbym tu wynotować wszystkie istotne różnice między książką a filmem i mam nadzieję, że przekonam do przeczytania tych, którzy widzieli tylko ekranizację „Gry Endera”, bo reżyser Gavin Hood raczej tego nie zrobił.

Przede wszystkim powieść Carda jest o wiele bardziej obszerna, na potrzeby filmu wyrzucono z niej – co poniekąd zrozumiałe – naprawdę sporo wydarzeń, które miały wpływ na zachowanie Endera. W książce Andrew trafia do szkoły, kiedy ma kilka lat. Powoli, z wieloma trudnościami pnie się w hierarchii przyszłych dowódców, na przeszkodzie stają mu rówieśnicy, starsi oraz dorośli, którzy podczas bitw rzucają mu kłody pod nogi. Słabowity młodzieniec zostaje wepchnięty w brutalny świat dorosłych, co tworzy dość przejmujący obraz. W filmie z Endera zrobiono nastolatka, którzy z dnia na dzień staje się gwiazdą szkoły, szybko zjednuje sobie innych i gładko wygrywa bitwy. Głównym dostarczycielem informacji o postępach Andrew jest pułkownik Graff, to on stwierdza, iż jest on doskonałym strategiem, radzi sobie w razie przeciwności i tak dalej. Co więcej, zrobiono z niego najważniejszego, oczywiście po Enderze, bohatera. W książce wygląda to nieco inaczej. Naturalnie Graff to równie ważna postać, niemniej zdecydowanie ustępuje on miejsca choćby zupełnie pominiętej w filmie siostrze Endera (o niej później) i pojawia się tylko czasami, zawsze tajemniczo dyskutując o głównym bohaterze z innymi dowódcami.

W obu przypadkach Ender jest superbohaterem, deklasującym umiejętnościami pozostałych uczniów, jednak o ile w książce stoczył kilkadziesiąt bitew (a pewnie kilkanaście zostało opisanych), to w filmie są to bodajże tylko dwie. Nie ma nic o tym, jak stworzono Armię Smoka oraz jak działa liga, nie ma nic o tym, jakimi sprytem Ender wykazywał się wcześniej zjednując sobie przywódców, nie ma nic o tym, jaki wpływ miał na innych uczniów i jak opiekował się słabszymi od siebie.

Bez wątpienia najważniejszą postacią w życiu Endera była jego siostra Valentine, z którą łączyła go nić podświadomości. Wypisywał do niej listy, często o niej myślał, to ona miała na niego największy wpływ, dlatego wykorzystano ją, by przekonać Andrew na wylot do następnej szkoły. W książce pojawia się tylko czasami, co więcej, istotna scena na tratwie jest kompletnie niezrozumiała. Wracając jeszcze do książki. Rodzeństwo Endera przejęło tam poniekąd kontrolę na światem. Delikatna Valentine i brutalny Peter zostali anonimowymi publicystami (w wieku nastoletnim), którzy swoimi opiniami kierowali społeczeństwem, czym Card świetnie zobrazował siłę internetu oraz słów. Pominięcie tego w filmie można zrozumieć, ale to dość ważny wątek, szczególnie przed następnymi tomami.

Problem pojawia się również w zakończeniu. W książce ostateczna walka wygląda o wiele bardziej tajemniczo i przejmująco – jednak jesteśmy w stanie uwierzyć, iż to tylko symulacja. W filmie sprawa szybko staje się jasna, tym bardziej że wcześniejsze rozmowy Graffa są jednoznaczne. W dodatku kokon królowej znaleziony jest nie na stacji, gdzie Ender przebywał podczas ostatniej wojny, a na planecie Robali, dokąd Ender poleciał wraz ze swoją siostrą.
Generalnie, całą fabułę spłaszczono do granic możliwości. Pominięto wiele elementów psychologicznych, czyli tak naprawdę serce tej powieści. Nie dziwi więc, że fani są rozczarowani, a skoro tak szybko dziejąca się akcja pozostawiona jest kontekstów entuzjaści blockbusterów również nie będą zadowoleni. Szkoda, że Gavin Hood nie pokusił się o rozbicie filmu na dwie części, bo „Gra Endera” zawiera odpowiednią ilość wydarzeń i wątków; dwugodzinny seans wydaje się o wiele za krótki.

Jednak da się powiedzieć o filmie kilka cieplejszych słów. Brawa należą się przede wszystkim za odwzorowanie szkoły, w której uczył się Ender oraz sali, w której uczniowie toczyli pojedynki. Są bardzo podobne do moich wyobrażeń, dzięki czemu kiedy po raz kolejny będę czytał „Grę Endera” w głowie zostaną mi już obrazy z filmu. Postać Endera zagrana przez Asę Butterfielda również została wybrana bardzo dobrze, a chłopak podołał zadaniu – chociaż szkoda, że nie dano mu więcej miejsca kosztem pułkownika Graffa, granego przez Harrisona Forda.

Krótko mówiąc, najpierw książka, później film. W przeciwnym razie straci to ręce i nogi.

Mateusz Osiak

Dobry ze mnie chłopak, żaden odmieniec.

  • Co tu dużo mówić. Książka cudna (chociaż czytana już 100 lat temu), a film, raczej nie pozostanie w mej pamięci..