Małe miasta

empire falls
Kadr z serialu „Empire Falls”

„Empire Falls” Richarda Russo i „Olive Kitteridge” Elisabeth Strout – co łączy te dwie powieści? Po pierwsze to, że obie otrzymały nagrodę Pulitzera. Po drugie, gdyby ktoś zapytał, o czym są, odpowiedź mogłaby być lakoniczna: „O życiu”. I uwierzcie – to wystarcza, by uczynić je niesamowitymi lekturami.
W obu tych książkach to zwykłe życie prostych ludzi okazuje się wyjątkowe, mimo że toczy się nieśpiesznie, nie ma w nim wielkich dramatów, ogromnej ilości niespodziewanych zwrotów akcji czy nadzwyczajnych wydarzeń. Bohaterowie po prostu starają się wieść spokojny żywot, który co chwilę bywa przez coś zakłócany. Jak to w życiu: kiedy myślisz, że wreszcie nastał spokojniejszy okres, coś wyprowadza cię z równowagi. Doprowadzisz jedną sprawę do końca, a los znienacka dorzuci ci dwie kolejne. Nie da się długo jechać na luzie, trzeba piłować swój silnik na najwyższych obrotach i liczyć na to, żeby nasz wewnętrzny silnik się nie zatarł.

O tym są właśnie te książki. „Olive Kitteridge” (po raz pierwszy wydana w Polsce pod tytułem „Okruchy codzienności”) opowiada historię ostrej i oschłej byłej nauczycielki matematyki. W niewielkim Crosby Olive jest szanowaną postacią, choć może – z racji swojego trudnego charakteru – nie każdy chciałby się napić z nią kawy. Zresztą, co tu owijać w bawełnę: to wredna, stara baba, która wiecznie musi postawić na swoim, nie pozwala dojść do głosu swojemu mężowi Henry’emu (jej zupełne przeciwieństwo), a syna niekiedy traktuje jak kogoś, kto jedynie zakłóca jej spokój. Kocha swoich bliskich, oczywiście, nawet próbuje troszczyć się o innych, jednak trzeba się wysilić, by to dostrzec. Na pewno znaleźlibyście takie osoby w swoim otoczeniu.

Z kolei główny bohater „Empire Falls” (czy też „Końca Empire Falls”, gdyż pod takim tytułem znajdziecie tę powieść w Polsce) – Miles Roby – to jedna z najsympatyczniejszych postaci w tej mieścinie. Można mu się wyżalić: spojrzy ciepłym wzrokiem, doradzi i poklepie po plecach. „Dobry z niego chłop” – powiedziałby jego sąsiad, by za chwilę dodać: „Tylko nieco pierdołowaty”. Cóż, żona rzuciła go dla starszego, choć lepiej wysportowanego faceta, zabierając mu zarówno rzeczy materialne, jak i komfort psychiczny. Jednak Miles zaakceptował to, jak wszystkie inne wyrządzane mu złośliwości i prztyczki w nos. Dalej wspomina matkę, jest uzależniony od swojej pracodawczyni i od życia w Empire Falls, które wysysa z niego wszelkie nadzieje.

Zbudowanie niezwykle wyrazistych, przepełnionych odcieniami szarości i żyjących wydarzeniami z przeszłości postaci w obu wspomnianych przeze mnie książkach, to jedno. Drugie to obraz tych miasteczek: okrywają je tajemnice, żyją swoją historią, zamieszkują je charakterystyczni, czasami na swój sposób dziwni ludzie. Nad oboma tymi miastami ciąży jakieś fatum, niepozwalające mieszkańcom wyrwać się z szarej codzienności i historycznych więzów. Opinia o ojcu spada na syna, choroba matki warunkuje życie dzieci i tak dalej. Pozornie to wszystko tworzy nieco magiczny, oderwany od rzeczywistości klimat, ale z drugiej strony to samo dzieje się w polskich miasteczkach i wsiach. Każdy zna każdego, wszyscy wiedzą o sobie wszystko (łącznie z rodzinnymi tajemnicami), starsi oceniają młodych przez pryzmat im rodziców, wieszcząc im taką, a nie inną przyszłość.

Zarówno w „Olive Kitteridge”, jak i w „Empire Falls” główna część akcji dzieje się w głowach bohaterów, a nie w ich rzeczywistym świecie. Rozważania, przemyślenia, reminiscencje – tak wygląda ich życie. Jednakże dzięki tym dokładnym opisom ich psychiki, a także poznaniu setek z pozoru nieistotnych wydarzeń, jakie wpłynęły na ich osobowość, możemy znaleźć w tych powieściach cząstkę siebie i być może odkryć tajemnice naszych lokalnych społeczności. Złóżcie wizytę tym miastom, warto.

Jeżeli podoba Ci się to, co piszę i chcesz mi pomóc w utrzymaniu serwera, a przy okazji masz zamiar kupić sobie jakąś płytę – zrób to z mojego linku. Jak nie kupujesz płyt – dołącz do fanpage’a strony.

Mateusz Osiak

Dobry ze mnie chłopak, żaden odmieniec.