Wikingowie krwawi vs wikingowie przesłodzeni

ragnar
Źródło: Filmweb

Końcówkę ubiegłego roku spędziłem w mroźnej i bezlitosnej Skandynawii, towarzysząc w podróżach nieustraszonym Wikingom zarówno oglądając ich przygody, jak i o nich czytając.

Zacznę od stworzonego przez Michaela Hirsta serialu „Wikingowie”, który opowiada o losach Ragnara Lothbroka (na zdjęciu) i jego rodziny. Ragnar jako pierwszy wiking rusza wraz z kompanią przyjaciół na podbój nieznanych dotychczas ziem na zachodzie (czytaj: do Wielkiej Brytanii). Odkrycie nowego kierunku łupieżczych wypraw przysparza mu to niebywałej sławy, jednak jego tupet nie jest doceniony przez jego zwierzchnika, jarla Haraldsona. Przyjdzie im walczyć o prymat nad ludem.

Nie jestem ekspertem, jeżeli chodzi o kinematografię, ale w serialu przyciąga wszystko. Fabuła, która choć może być nieco przewidywalna, trzyma w napięciu, dzięki niezłym cliffhangerom i – co dla mnie ważne – bohaterom nie zawsze układa się po ich myśli, a kłody rzucane pod nogi powodują bolesne upadki. Bardzo dobrze wyglądają sceny walki, w których oprócz bryzgającej wszędzie krwi widać, jak doskonale wikingowie potrafili dobrać strategię w bitwach. Sporo miejsca w serialu poświęcono także rytuałom Skandynawów: obrzędu wstąpienia w wiek męski, pogrzebu, różnych form kar śmierci czy poświęcaniu bogom swojego życia. Te sceny często należą do najciekawszych i mrożą krew w żyłach bardziej niż regularne walki. Dochodzą do tego ładne zdjęcia i nieźle odwzorowana sytuacja polityczna na Wyspach oraz mentalność tamtejszych ludzi. Dwa sezony „Wikingów” zleciały mi dość szybko, a następnego wypatruję częściej niż „Gry o tron”, która zaczyna nudzić i irytować.

Co ciekawe, nordyckie legendy mówią o istnieniu kogoś takiego jak Ragnar Lothbrok (miał być potomkiem samego Odyna) oraz o jego synach, zatem fabuła bazuje na starożytnych sagach i nie jest kompletnym wymysłem scenarzystów. Prędzej czy później wezmę się za te historie – Tolkien też je uwielbiał.

sagasigrunZupełnie odmienne wrażenie ogarnia podczas czytania „Sagi Sigrun” Elżbiety Cherezińskiej, która znana jest z polskiej „Gry o tron”, czyli „Korony śniegu i krwi” czy „Legionu”, opowiadającego o Brygadzie Świętokrzyskiej. Autorka pokazuje nam skandynawski świat oczami tytułowej bohaterki. Dla tych, którzy oglądali serial: to tak, jak gdyby przedstawiano akcję z perspektywy Lagherty, przeżywając wraz z nią oczekiwanie na powrót męża, przeżywanie chorób dzieci i tak dalej. To ciekawy zabieg, wszak o walkach wikingów możemy znaleźć o wiele więcej opowieści. Problem jest innej natury – u Cherezińskiej wszystko jest zbyt słodkie.

Sigrun jest przepiękna i pochodzi z dobrego rodu. Zostaje wydana za mąż ze względów politycznych, ale ma szczęście – jej mąż także wygląda jak z obrazka. Co więcej, to doskonały kochanek: zawsze zadowala ją kilka razy w ciągu jednej nocy, a dochodzą zazwyczaj razem. Opisów ich stosunków (z „jego twardym mieczem”) jest tak dużo, że to aż obrzydza. Dzieci chorują, ale szybko zdrowieją; mąż wygrywa na wojnach i wraca z nich ledwie draśnięty, Sigrun kochają wszyscy wokół. Ach, to sielskie życie wikingów! Wydaje się być przyjemniejsze nawet od Litwy Mickiewicza. Cukier w moim organizmie skoczył w połowie tej powieści tak bardzo, że byłem zmuszony do odłożenia tej książki na dobre i zniechęciłem się do sięgania do – podobno lepszego ‚- kolejnego tomu „Północnej drogi”. czyli „Ja jestem Halderd”. Żałuję, że nie sięgnąłem wcześniej po recenzje „Sagi Sigrun”, która punktowała Cherezińską pod tym względem bez litości.

Morał z tego taki: jak są Wikingowie, to ma być krew, brud i topory, które nie oszczędzają bohaterów, których lubimy, a nie idealne , czyste, a zatem wręcz nierealne postacie, które zawsze postępuje szlachetnie, sprawiedliwie i szczęśliwie udaje im się wychodzić z tarapatów.

Mateusz Osiak

Dobry ze mnie chłopak, żaden odmieniec.