Trzy szybkie #11

HST „Sen koszmarny”
Gdyby HST wydał ten krążek krótko po premierze „Mas ludów. Na językach” lub w okresie hype’u, jaki się wokół niego wytworzył po gościnnym występie na „Czarnym złocie” Lukatricksa, propsy leciałyby do niego z całej Polski. Niestety, raper z Katowic przespał ten czas, a po drodze wypłynęła jeszcze nieprzyjemna sprawa jego zeznań na komisariacie przeciw koledze, co poskutkowało ostracyzmem ze strony środowiska. Chcąc wrócić do łask, HST w „Śnie koszmarnym” powinien rozliczyć się z przeszłości oraz dobrym materiałem zamknąć wszystkim japy, z których leje się stek wyzwisk w jego kierunku. Jednak wydany w MyMusic „Sen koszmarny” to tylko porządny krążek – tak jak „Masy ludów” zarapowany ze śląskim sznytem i bezczelnością, pełny smutku utopionego w alkoholu. HST zaskakuje tylko dobrym przyspieszaniem w „Brat co za bit” i tym, jak odnalazł się w rockowym numerze „Hardcore4Life”. Wiele o tej płycie mówi cytat: „Dziesięć lat w hibernacji, dziś po latach robię przegląd / Nie kojarzę tych raperów, 2/3 na pewno / Jedni robią dobry szajs, drudzy wolą ścierwo / Nasza muzyka jak dobrze ukorzenione drzewo”, czyli: wróciłem na scenę, choć nie wiem, co się na niej dzieje, ale dalej jestem kimś ważnym. No chyba nie.

Flint „Talent nie istnieje”
Na najnowszym mixtapie warszawskiego rapera znajdziemy premierowe kawałki, remixy, wycięte zwrotki z innych projektów, a nawet blend. Szczególnie w nowych kawałkach Flint udowadnia, że chyba wreszcie złapał dobrą falę, co potwierdzają ironiczne kawałki „Kuba”, w którym wyśmiewa spoufalanie się z raperami, oraz „Charytatywka” – tutaj razem z Solarem (co za zwrotka!) ukazują, jak wygląda granie za darmo, a dzięki numerom nagranych na instrumentalach Preety Lights widzimy też jak mocne jest jego flow. Wydawało się, że ten mixtape będzie na jeden odsłuch, ale w kilku miejscach „Talent nie istnieje” potrafi zatrzymać na dłużej. Wierzę, że następne LP będzie już strzałem w dziesiątkę.

Kuba Knap „Lecę, chwila, spadam”
Między nami spoko, Kuba. Przy „Bez nerwów, bez złudzeń” trochę Ci zarzucałem i nie mogłem się przekonać do tego laidbackowego, momentami nudnego rapu. Ale jak wszystko siada na „Lecę, chwila, spadam”, damn… Pustka zostawiona po 2cztery7 została zajęta, ba, to nawet coś więcej niż tamten g-funkowy klimat. Doskonałe, przemyślane, ciepłe produkcje, tymi samymi epitetami można zresztą opisać rap. Ta oryginalność zbiera zasłużone zachwyty w recenzjach, a „Lecę, chwila, spadam” to płyta zdecydowanie wybijająca się ponad poziom sceny. Propsy, Kuba!

Mateusz Osiak

Dobry ze mnie chłopak, żaden odmieniec.