45. rocznica śmierci Marka Hłaski

45 lat temu zmarł Marek Hłasko. Mój ulubiony polski pisarz.

Autor między innymi „Pięknych dwudziestoletnich”, „Sowy, córki piekarza” i dziesiątek opowiadań nazywany jest kaskaderem literatury, a jego twórczość wymienia się w jednym rzędzie obok Leopolda Tyrmanda czy Rafała Wojaczka. Apogeum fascynacji jego dziełami przechodziłem w liceum, chłonąc jego książki jedna za drugą i pisząc o nim w mojej pracy maturalnej. Wtedy również poświeciłem mu notkę na blogu (LINK), która mimo niedojrzałego jeszcze stylu i kilku nietrafionych czy wręcz śmiesznych porównań idealnie ukazuje moje uczucia towarzyszące podczas lektury choćby „Bazy sokołowskiej”.

Przyznam, że już długo nie trzymałem w rękach książki jego autorstwa. Głównie dlatego, że na studiach gonię za angielskimi autorami, a z drugiej strony wydawnictwa, podsyłając mi coraz to więcej pozycji, nieco wymuszają czytanie innej literatury. Niemniej chęć wrócenia do jego dzieł (drugi raz z pełną premedytacją używam tego słowa) jest coraz większa – dziś siadam do dostępnych w internecie opowiadań (KLIK) i wierzę, że niedługo sięgnę kolejny raz po „Sowę, córkę piekarza” oraz oczywiście niedawno opublikowanych listów. Warto wspomnieć, że był też genialnym felietonistą, jego „Rzeka cierpienia” również dziś rozśmiesza do łez.

Szkoda, że jego życie zakończyło się w taki, a nie inny sposób. Długo można zastanawiać się, co by było gdyby wrócił do Polski, co by było, gdyby jego romans z Agnieszką Osiecką zakończył się ślubem, kim byłby teraz, w 2014 roku, jako 80-letni mężczyzna.

Spoczywaj w pokoju, Marku. Wielkie dzięki za to, co napisałeś, bo w jakimś stopniu to ukształtowało moje młodzieńcze życie.

Mateusz Osiak

Dobry ze mnie chłopak, żaden odmieniec.