Dekadę wstecz: rok 2001 w polskim rapie cz. 1

Długo można by debatować na temat tego, który rok w polskim rapie był najlepszy, najważniejszy, który przyniósł największe klasyki, który wniósł najwięcej dobrego dla całej klasyki. Znajdą się fani świetnego obecnego roku czy sympatycy bardzo dobrego 2009. Słuchacze, którzy siedzą w rapie od czasów kiedy Liroy udawał kangura, a Pezet nie wiedział, że jego targetem będą gimnazja za najlepsze uważają lata z początku tego tysiąclecia. Mi jako młodemu słuchaczowi pozostaje oddanie szacunku albumom, które wyszły dokładnie dziesięć lat temu i patrzeć z zazdrością na ludzi, którzy już w 2001 roku byli na bieżąco z tym, co wychodzi na hip-hopowej scenie.
Podróż po albumach z 2001 roku dzielę na dwie (albo trzy) całkowicie ze sobą nie związane części. Płyt godnych uwagi wyszło tyle, że nie warto przedłużać jednej notki, a szufladkowanie na grupy lepsze, lepsiejsze i najlepsiejsze nie ma sensu. Ad rem.

SLUMS ATTACK – NA LEGALU?

Bez wątpienia od „Na legalu?” należy zacząć to zestawienie, a to dlatego, że płyta Peji i Dj Decksa jest jedną z najważniejszych w polskim rapie. Pierwszy hip-hopowy album, jaki słyszałem. Rysiek nawijający o biedzie i o blokowiskach był autentyczny i – przynajmniej dla mnie – przejmujący. Kto nie zna takich utworów jak „Jest jedna rzecz”, „Właściwy wybór” czy „Mój rap, moja rzeczywistość”? Kto nie rzygał przewijającą się wszędzie „Głuchą nocą”? Absolutny klasyk, który zupełnie się nie zestarzał. Po kilku latach przerwy włączyłem znowu i dalej przyjemnie się słuchało mojego ulubionego onegdaj kawałka „Kolejny stracony dzień”. Czekam na reedycję, mam tylko porysowaną i zniszczoną stadionówkę, wersji w mp3 nie mam zamiaru ściągać.
TEDE – S.P.O.R.T
Był Peja, musi być Tede. Płyta, którą Graniecki wyprzedził polski rap o kilka długości, choć prawdę powiedziawszy nie mogę teraz przesłuchać „Sportu” w całości. Odrzucają mnie bity, odrzuca mnie flow Tedego. Oczywiście nie sposób nie docenić takich niezniszczalnych tracków jak „Ona jest szmatą” czy „Drin za drinem”, ale odtworzenie całej płyty składającej się z 20 kawałków, z których co najwyżej kilka jest teraz słuchalnych, jest dla mnie zbyt ciężkostrawne. Zdecydowanie bardziej wolę inne dokonania Tedzika czy to solowo czy to z Numerem.
Rok Tedego to nie był, ponieważ wyszła o wiele lepsza płyta, jaką jest:

ŁONA – KONIEC ŻARTÓW

„Na legalu?” było najważniejsze, „S.P.O.R.T” wyprzedzał polski hip-hop, ale to „Koniec żartów” uważam za najlepszą płytę 2001 roku. Dwuznaczny, ironiczny, dowcipny, świeży, inteligentny, pomysłowy, przewrotny – to przymiotniki, które idealnie opisują szczecińskiego rapera. Płyta bez słabych momentów z perfekcyjnymi kawałkami. Jeżeli miałbym wybierać te najlepsze to oczywiście „Rozmowa”, „Fruźki wolą optymistów” i „Emilia chce spać”, a dochodzą do nich takie przewrotne kawałki jak „Żadnych gości” czy „Raperzy są niedobrzy”. Do tego dobre bity Webbera, jedne z najlepszych skitów w polskim rapie („Rozterki młodego rapera”). Był czas kiedy od Łony wolałem „Nic dziwnego”, ale to „Koniec żartów” od początku do końca utrzymuje ten wesoły klimat i to debiut słuchany jest z uśmiechem na twarzy.
Łona – Rozmowa

ELEMER – POSZŁO W BIZNES
Bezczelny, bansujący album Eisa i Deny w 2001 roku został niezauważony. A jak już ktoś zauważył, to krytykował. Dwa lata później Eis wydał płytę „Gdzie jest Eis?”, która została doceniona dopiero po latach. Wtedy też słuchacze zainteresowali się Elemerem. Banalne może wydawać się stwierdzenie, że jedni polubią „Poszło w biznes”, a inni go znienawidzą, ale tak jest. Tematyka to „szampan, dziwki, basem, machanie kutasem”, płyta jest aż przebaunsowana. Poważnie traktować jej nie można, a jeśli słucha się jej z przymrużeniem oka to odtwarzanie przynosi przyjemność i wersy typu: „laski wiedzą, że nie jestem dobry w tańcu / ale mam złoty łańcuch / złote to, złote tamto / klik klik, mam to” poprawiają humor. Jeżeli ktoś sztuka ambitnych i dobrze poskładanych wersów, to „Poszło w biznes” dla niego nie jest. Fanom Eisa powinno się spodobać.
Elemer – Klik klik (ft. Pezet)

FISZ – NA WYLOT
„30 centymetrów ponad chodnikami, nadciąga F-I-S-Z z siłą jak dynamit”. Gdyby dynamit miał taką siłę jak młody Wagiel na tej płycie to nie bałbym się wybuchu wojny. Fanem Fisza nigdy nie byłem, o czym zresztą pisałem. „Na wylot” nie należy też do jego najlepszych płyt. Owszem dobra produkcja („Zaraz wracam” jest piękne). Ale Fisza ciężko jest zdzierżyć za to jego antyflow i nie pomagają niezłe teksty. Bronią się dwa, trzy kawałki, przy reszcie niestety można zasnąć.
Fisz – Zaraz wracam

Mateusz Osiak

Dobry ze mnie chłopak, żaden odmieniec.

  • Nie rozumiem, dlaczego przy wymienianiu najlepszych numerów z Końca Żartów notorycznie pomijany jest „Biznesmen”. Przecież tam puenta zabija całą płytę.
    A poza tym to wiadomo, że KŻ = prywatny top do końca życia.

  • Flow Fisz z „Polepionych…” i „Na Wylot” uważam za najlepsze. Później może warsztatowo się poprawił, ale ta offbeatowa recytacja miała w sobie to coś.

    Pezet targetem dla gimnazjów? Bez przesady.

  • Anonymous

    Z przesadą. Nawet targetem dla ‚gimbusów’, a nie ‚gimnazjów’. :)

  • damian stylowski

    eis