Dzień z… Eminemem [13]

Eminem Wallpaper 03 - Wallpaper Format 800x600

 

Witam wszystkich,
Zaczynamy ‪#‎DzieńzEminemem‬.

W zasadzie to… nie wiem od czego zacząć. Na klawiaturę cisną się wielkie słowa: najpopularniejszy raper, najlepszy raper, najlepszy punchliner, generalnie człowiek „naj”. Coś w tym jest. Eminem był bohaterem mojego dzieciństwa i wciągał mnie w rap. Zasłuchiwałem się w „The Eminem Show”, czekałem na nowe klipy, chłonąłem co tylko się dało. Nawet fryzurę chciałem mieć jak on w tamtym okresie – no może poza utlenianiem włosów, bo to mnie zawsze śmieszyło, tak samo jak makaron na głowie Timberlake’a.

W każdym razie było to 13 lat temu. W zeszłym roku miałem praktyki w szkole, tam dzieciaki z podstawówki miały zrobić plakaty o swoich ulubionych artystach: większość chłopaków znowu postawiło na Eminema. Mimo tego, że się postarzał, mimo że stracił formę sprzed lat – to dalej wzór do naśladowania dla młodego pokolenia. Może to żadna ważna w twórczości cecha, wszak oni znali go z dosłownie dwóch kawałków, ale trzeba przyznać, że mało kto przez tyle lat jest w stanie rzucać tak niesamowicie nośne single.

Dyskografię Eminem ma niezwykle bogatą. Genialną? Dobrą? Beznadziejną? To już możecie ocenić sami. Ja postaram się dziś sprzedać po jakimś numerze z każdej solówki, a wspaniali jak zwykle goście zadbają o inne numery. Działo się będzie nieco mniej niż zawsze – wpisy czasami będą pojawiać się co godzinę, jednak myślę, że i w tej formie powinniście się nieźle bawić.

Miłego dnia.

Eminem – Just Don’t Give a F…
Plany co do tego dnia miałem ogromne. Nie marzyłem oczywiście o jakimkolwiek wywiadzie, bo – jak wiadomo z plotek – Eminem nienawidzi Polaków, ale chciałem:

a) odświeżyć sobie jego wszystkie solówki
b) ale to odświeżyć tak dogłębnie, z rozgryzaniem dokładnie każdego puncha
c) przejrzeć większość z jego featów
d) dogrzebać się do ciekawych wywiadów, durnych wypowiedzi, głupich zdjęć i tak dalej.

Wiecie, ile mi z tego wyszło? Wróciłem sobie. Raz i to do „Slim Shady”. Na szczęście sam coś o tym wariacie wiem, szczególnie z tamtych lat. Plakaty na ścianach wisiały obok składu Arsenalu z finału Pucharu UEFA, a ja czytałem wszystko, co wychodziło w Bravo i o czym gdzieś tam mówili. Tamtego Eminema dalej najbardziej lubię, szczególnie z „The Eminem Show”, ale o tym opowiedzą goście. Często wracam też do płyty, na której znalazł się ten numer. I chociaż nie zawsze mam takie nastawienie do życia jak Marshall, to warto czasami zaśpiewać razem z nim .

Eminem – Stan (ft. Dido)
Ścisłe top storytellingów w rapie, serio. Trwa ten kawałek i trwa, a my wsłuchujemy się w to, co ten psychofan zrobi żonie i dlaczego Eminem nie raczy mu odpisać. Bardzo mocny numer, a do tego bardzo „radio friendly” (czego teraz Em raczej nie łączy), dzięki czemu Mathers mógł zagościć pod strzechami Polaków. Nie ma chyba, co dalej pisać o tym kawałku. Po prostu włączcie go po raz milionowy w życiu, reszta dopowie się sama.

Eminem – Lose Yourself
Maciej Wojszkun, redaktor Popkillera, od razu zarezerwował chyba najbardziej znany kawałek Eminema:

„Bez zaskoczenia, prawda? Oczywiście. Jedno z najznakomitszych dzieł gatunku, na pewno najlepszy singiel w karierze Marshalla Mathersa, znany i ukochany na całym świecie – nie tylko przez fanów hip-hopu. Autentycznie raz usłyszałem „Lose Yourself” na weselu – ludzie w mig poszli w tan, ba, nawet osiemdziesięcioletnia staruszka dziarsko ruszyła na parkiet… Mnóstwo wspomnień związanych z tą nutą, właściwie – obok pamiętnego „Without Me” – jedną z pierwszych, dzięki której zainteresowałem się kulturą. Ba, to jeden z utworów, na którym uczyłem się angielskiego – do dziś pamiętam, jak, nie znając charakterystycznego slangu, próbowałem przetłumaczyć „schmoe” czy rozwikłać znaczenie „cypher”… To też utwór, który, dzięki swemu przesłaniu – nieraz krzepił w ciężkich chwilach… Do dziś – mimo że słyszałem już tysiące fantastycznych podkładów, tekstów itp. – to utwór perfekcyjny, bezbłędny. Od niesamowitego beatu – te uderzenia gitary! Ten delikatny stukot klawiszy! Ta eksplozja energii w refrenie – poprzez wściekłą nawijkę Eminema, wkładającego w „Lose Yourself” całą swą duszę (chciałoby się rzec – zatracającego się), zręcznie przeplatającego historię filmowego B-Rabbita ze swoją własną. Nie ma tu słabego momentu, każdy element współgra ze sobą doskonale. Magnum opus – bez dwóch zdań.”

kard z 8 mili
Kadr z „8 mili”.

Eminem – Mockingbird
Jeżeli chodzi o „Encore” to też lubiłem ten krążek – czy lubię dalej? Nie wiem, od lat nie wracałem do całego, ale „Mockingbird” wciąż mnie rusza. Jak to tam dokładnie było z Mathersem, Kim i córką, to pewnie oni sami wiedzą. Te historie, w których opowiada Hailie, jak zaraz wypłyną z matką na środek jeziora i dadzą jej popływać, to chore rzeczy, natomiast jak Eminem wraca do ludzkiej twarzy to może złapać za serce. Ja tam mu współczułem, słuchając tego numeru.

Eminem – Tonite
„Infinite” znacie i pamiętacie? Przyznam, że ja średnio przepadam za debiutem dzisiejszego gwiazdora. Głównie dlatego, że mega mnie zawiódł, oczekiwałem już rozpędzonego Eminema, a tutaj jeszcze Slim nie był sobą. Wiecie, ja dostałem się do tego albumu grubo po premierze i myślałem sobie nie wiadomo co, więc to można po mojej stronie leży główna przyczyna tej niechęci.

Jak rzuciłem wczoraj okiem na tracklistę, to tylko „Tonite” coś mi powiedziało – całkiem niezły kawałek, ale mimo wszystko traktuję ten krążek jako ciekawostkę. Kontrowersyjnie?

Eminem – Without Me
Mateusz Sidorek, czyli autor dobrego, a mało znanego bloga Inconvenient Words wybrał mój klasyk z dzieciństwa:

„Kiedyś byłem wielkim fanem Eminema, zapętlałem wszelkie jego klasyczne numery, między innymi „Without me”. Z czasem zacząłem zapominać trochę o Slim Shady, pojawiali się nowi raperzy, wiadomo. Jednak nie wyobrażam sobie amerykańskiej sceny bez niego. Eminem może być kochany, nienawidzony, ale musi być. On nigdy nie będzie przestarzały, to raper, który się nie starzeje. Wiadomość, że nagrywa coś nowego zawsze wywołuje u mnie pozytywne uczucia, jak w przypadku „TMMLP 2”, nawet jeśli płyta nie spełnia oczekiwań, to fajnie czasem niego wrócić. Zwłaszcza, że poziom, jaki prezentuje na albumach za każdym razem jest dosyć wysoki. Przyznam jednak, że oczekiwałem po tej ostatnim materiale czegoś o wiele większego. Ostatnio zrobiłem sobie mały powrót do starszych płyt M&Ma, głównie za sprawą mojego znajomego Konrada, który o tym raperze wie chyba wszysko i „Without me” to jeden z moich ulubionych kawałków. Cause we need a little controversy/Cause it feels so empty without me – to chyba cały Eminem.”

młodyeminem
Młody Eminem

Eminem – Till I Collapse
A teraz godzina z Jacek Adamkiewicz, który opowie o dwóch numerach. Pierwszy z nich:

„Nie wiem, ilu jest tzw. białych raperów w USA, ale na pewno jest ich o wiele mniej niż tych klasycznych afroamerykańkich (poprawność polityczna suko). I naprawdę zrządzeniem losu, bigosu i kosmosu pierwszy legalny rapowy CD z USA i w ogóle w mojej kolekcji stał się czwarty krążek studyjny Eminema, a drugi wydany nakładem Interscope Records/Aftermath Entertainment – „The Eminem Show”. Co skłoniło mnie do zakupu albumu? Oczywiście latający na gęstej rotacji w MTV (wtedy jeszcze music television nie tylko z nazwy) pojebany teledysk do „Without Me”, gdzie na samym końcu Eminemo-Bin Laden tańczy do bitu z D12 w afgańskiej jaskini. Kurwa, nawet na dzisiejsze standardy ten klip nie jest normalny i zdawałem sobie sprawę z tego już jako 13-letni dzieciak‪#‎gimbaza‬.

Album „The Eminem Show” znam na pamięc wraz z skitami, krążek zawiera mnóstwo evergreenów, hitów i ważnych numerów w dorobku Ema, ale ja chciałbym przypomnieć wam o „Till I Collapse” z refrenem autorstwa nieodżałowanego Nate Dogga. Jeżeli biegniesz maraton, toczysz walkę na ringu, ciśniesz kackupę albo babcia nakłada ci trzecią dokładkę i myślisz, że NIE DASZ RADY i chcesz się poddać to ten numer podniesie i poniesie cię po zwycięstwo. Sam bit jest tworem przekozackim i byłem przkonany, że wyszedł spod ręki Dr. Dre, ale jak mawia Radek Kotarki – nic bardziej mylnego. Za podkład, który zmotywował by do powstania z grobu zmarłego odpowiada nikt inny jak Eminem. Taka sytuacja.

Z ciekawostek dodam, że numer został użyty w reklamach „Call of Duty: Modern Warfare 2”, soundtracku do filmu „Real Steel” oraz trailerach i spotach telewizyjnych filmu „Savages: Ponad bezprawiem”.

Rok 2005 przynosi „Curtain Call: The Hits” od Shady’ego i naprawdę miałem odczucia, że Eminem żegna się z karierą rapera, a wrażenia nie poprawił czas oczekiwania na kolejny pełnoprawny solowy krążek od wydania „Curtain Call” – 4 lata.”

Eminem – When I’m Gone
I znowu Jacek Adamkiewicz, i znowu kawałek, który do najnowszych nie należy.

„Drugi track, jaki wybrałem to powodujący ciarki na skórze, skłaniający do rozważań i intensywnego zastanowienia się nad swoim życiem, po trosze wyciskacz łez (łezki?), na pewno jeden z najszczerszych numerów Ema, najbardziej osobistych, „normalnych” i z tzw. „przekazem” – „When I’m Gone”.

Numer także wyprodukowany przez Eminema, prosty bit z wplecionym biciem serca za to serce chwyta. Kawałek traktuje o trudnych relacjach Eminema z żoną, o „byciu rapera” nie mającego czasu dla córki, o dziwnym śnie, o przemijaniu, o śmierci. Dużo wszystkiego, zmusza do refleksji i zadumania się. Pokazuje, jak mało co, że są sprawy ważne i ważniejsze, o które dbać trzeba. Takie numery wybrałem, a ty i tak będziesz się jarał tym, że Eminem wypluwa trzy miliony słów na minutę, obraził pół tego globu i szcza ci do żarcia. No i sam powiedz jeden z drugim jak tego gościa nie kochać? Marshall Matters/Slim Shady/Eminem forever!”

D-12 – My Band
W dzisiejszej akcji wzięła też udział kobieta. Eye Ma, pisząca m. in. dla soulbowl.pl. Tym razem nie solówka, a zwariowany numer z D-12.

„Eminem-jajcarz-solo to jedno, ale robienie z siebie głupka wraz z D12 to już zupełnie inna sprawa. „My Band” to ostatnie podrygi humoru z dużą dawką ironii, które dostaliśmy od rapera, bo umówmy się — późniejsze „Just Lose It” nie dosięgnęło nawet w połowie fenomenalnego „My Name Is” a w „We Made You” Eminema był raczej cieniem samego siebie. Wracając jednak do największego hitu „boysbandu” Shady’ego, nikt jak on nie potrafi jednocześnie zagarnąć całej atencji dla siebie, pozostawiając nas tym samym z refleksją: och, jak dobry jest ten dialog w trzeciej zwrotce oraz jak świetnym raperem był nieodżałowany Proof. Parodia, na którą odważyliby się tylko nieliczni, nie wspominając już o teledysku pełnym absurdu.

P.S. Jest 2015 i nie wiem jak Wy, ale ja ciągle czekam na singiel „My Salsa”.

***

O tym, że Sasha Grey zagrała w klipie Eminema wie każdy, ale jakie inne pornogwiazdy Marshall miał w teledyskach?
http://www.complex.com/pop-culture/2011/06/a-history-of-porn-stars-in-eminem-videos/

***

Eminem – I’m back
Nadchodzi Piotr Zdziarstek jako Northim Kismajes, czyli jeden z większych fanów Eminema, który potrafi jarać się nawet tymi płytami, na których bity są, cóż, najgorsze na świecie. Na pierwszy rzut wybrał coś starszego:

„Morduje rymami, słowo po słowie. Tak zaczyna się „I’m back”, utwór – trzeba to szczerze przyznać – bardzo typowy dla Eminema A.D. 2000. Tymczasem równie szczerze należy przyznać, że to właśnie za takim typowym Eminemem wszyscy tęsknimy. Niektórzy będą usiłowali wam wmówić (pozdro, Dawid Bartkowski), że Eminemowi słoń nadepnął na ucho. Zgodzę się, ale tylko z założeniem, że stało się to mniej więcej w 2005 roku. Bity, które przed tym okresem mordował Marshall swoją stylówką, były brudne, minimalistyczne, a jednocześnie nieco plastikowe, co moim zdaniem dodawało im pewnej popowej zadziorności, nawet w przypadku tych najbardziej rapowych numerów. Nie uważam tego za wadę, wręcz przeciwnie. A Eminem na mikrofonie? Błagam, przecież to klasa sama w sobie. Mamy tutaj wszystko, wliczając w to Christophera Reevesa, nieodłączny element w nagrywkach Eminema. Wciąż łudzę się, że dawny Slim znów zawoła „I’m back”. Ale w nieco uczciwszej odsłonie niż na „Marshall Mathers LP 2″.”

eminemnow
Eminem – Hellbound
A na drugi ogień, współpracujący z P*******rem Piotr Zdziarstek jako Northim Kismajes wybrał coś…. jeszcze starszego! Rihanny dziś nie będzie!”Eminem i braggadocio. Mega zaskoczenie, co? Ale ten bit, ludzie, ten bit! Jest tak dziwny i patetyczny, że brakuje tylko teledysku, na którym białas z Detroit by paradował z kataną i przepaską na czole. Właśnie takie skojarzenia przywołuje wykorzystany w „Hellbound” sampel z gry wideo „Soul Calibur” oraz pochodzące z niej efekty dźwiękowe. Eminem również dołożył swoje trzy grosze w tej kwestii, dorzucając parę „komiksowych” onomatopeicznych odgłosów, którymi zwykł okraszać swoje zwrotki w tamtych latach. Warto zauważyć, że zwrotka Eminema troszkę się zestarzała – te horrorcore’owe gadki nie robią już takiego wrażenia jak kiedyś – ale to jak Eminem płynie po bicie i z jaką werwą wypluwa z siebie kolejne wersy może tylko cieszyć. A Masta Ace i J-Black tylko dopełniają tego przyjemnego wrażenia.”Trick Trick ft. Eminem – Welcome 2 Detroit City
Łukasz Rawski ze SWAG jak skurwysyn wykopał ciekawe i mało znane rzeczy, więc odejdźmy na chwilę od klasyki i poznajmy coś nowego.

„Długo zastanawiałem się nad tym, który numer wybrać i jednocześnie, który jest moim ulubionym w dyskografii pana Mathersa. Eminem to reprezentant Detroit – mojego drugiego po Memphis ulubionego rapowego miasta. Jest jego dumą, nie wstydzi się swojego pochodzenia. Mój wybór był jeden. Gościnny występ u pana i władcy Motor City. Znakomite połączenie charyzmy obu panów tworzy tutaj iście deadly combination. Jeśli zastanawialiście się jeszcze nad tym, kto jest najlepszy w tej grze, ten numer powinien zweryfikować. Eminem jako jeden z nielicznych zyskał respekt czarnej publiki, to on porywa tłumy nadal, bez względu na rasę, wyznanie i to jakie płatki śniadaniowe preferujemy. Uwielbiam takie miejscowe anthemy. „Welcome 2 Detroit City” w moim rankingu jest na samym szczycie podium”.

Eminem – Difficult
I dalej Łukasz Rawski.

Piszę to przed meczem Arsenal – Manchester United, a opublikowane będzie po – oby te dwa posty, jakie tu zamieszcza były dla niego nagrodą pocieszenia po meczu.

„Drugi mój strzał. To jak blisko byli Eminem i Proof, tego nie da się opisać. Byli dla siebie jak bracia, a śmierć tego drugiego przyszła w niezwykle ciężkim dla Shady’ego okresie. Oliwy do ognia dolewa fakt, że w klipie do „Like Toy Soldiers” Eminem „przewidział” taki obrót spraw. To właśnie śmierć najlepszego przyjaciela była jednym z głównych powodów, dlaczego Eminem tak długo milczał, a przełamanie nastąpiło dopiero przez wydanie „Relapse”. „Difficult” to nic innego jak hołd dla brata, dla gościa, który dla rapu z Detroit znaczy niezwykle wiele. Jest stawiany w jednym rzędzie z J Dillą i Trick Trickiem. To Proof był inspiracją dla młodego Eminema, to on ćwiczył w nim zawziętość i część starego, tego najlepszego Eminema umarła wraz z Proofem. Nieodżałowany, tak samo jak Lord Infamous, Big L, Pimp C i wielu innych. RIP

Eminem – We Made You
„Relapse”, cóż. Flow Eminema podążało tam już zupełnie nieznanymi ścieżkami, a te bliskowschodnie klimaty były dość dziwne. Nawet ten singiel, pozbawiony tych naleciałości, nie ma takiej mocy jak poprzednie.
W każdym razie: strzeżcie się imigrantów, bo czeka nas zalew raperów z bitami jak na tym krążku.

Eminem – No Love (ft. Lil Wayne)
Z „Recovery” długo miałem problem. Z jednej strony Eminem jako raper dalej na wyżynach. Wielu złych słów nie da się powiedzieć na jego skille, ale te bity… Naczytałem się tuż po premierze wielu argumentów obrońców tych produkcji, jak i zaciekłych krytyków i muszę stanąć za tymi drugimi. Nie pamiętam, kiedy ostatnio słuchałem w całości tego krążka, a hip-hop złamał mi serce, jak tutaj wjechał refren. W ogóle powinien być jakiś odgórny ban na wykorzystywanie i przerabianie takich rzeczy jak „What is love”.

Eminem – Berzerk
Ostatnia płyta miała potężny singiel. Zwiastowało to powrót Eminema króla, nawet początkowe wątpliwości, że splami pamięć o „Marshall Mathers” robiąc kontynuację tej płyty, zaczynały się rozwiewać. Co z tego wyszło? Niezłe rzeczy, ale dalej to nie to. Nie wiem, może to i we mnie się coś zmieniło i zamiast ekwilibrystyki języka Ema wolę jakieś spokojniejsze rzeczy? Nawet zabierałem się do tego krążka jak pies do jeża, zupełnie nie czując podjarki, że MM wrócił.Oczywiście musiał na niej zmieścić Rihannę, choć ich kooperacje to jedno z największych nieporozumień muzyki i nie wiem, kto poza „typowymi słuchaczami Eski” się może tym jarać. (Generalnie, muzykę Pani Rihanny oczywiście lubię i szanuję, just in case).
Aha, bo to już 21.
Wielkie dzięki za śledzenie akcji i uczestnictwo – mam nadzieję, że się podobało i skłoniło Was do odświeżenia dyskografii Mathersa. Ja chyba się w końcu zmotywuję i domówię przy okazji brakujące CDki do kolekcji.Dziękuję wszystkim, którzy podesłali swoje rzeczy, w tym sajkofanów Eminema aka „Ja od razu zaklepuję dwa numery”.

Jeżeli podoba Ci się to, co piszę i chcesz mi pomóc w utrzymaniu serwera, a przy okazji masz zamiar kupić sobie jakąś płytę – zrób to z mojego linku. Jak nie kupujesz płyt – dołącz do fanpage’a strony.

Mateusz Osiak

Dobry ze mnie chłopak, żaden odmieniec.