Muzyka 2016: TOP 10

Przed wami 10 moich ulubionych płyt i cała masa innych wartych uwagi tytułów.

Śmierdzący leń ze mnie. Obiecywałem sobie, wam zresztą też, że w tym roku stworzę profesjonalne (albo chociaż sprawiające takie wrażenie) zestawienie najlepszych płyt 2016 roku, ale odkładałem to w nieskończoność aż zrobiło się naprawdę późno. Mógłbym to odłożyć i do lutego, jasne, ale kogo by to wtedy obchodziło, prawda? Niemniej chcę się podzielić tym, co mi się podobało w 2016 roku.

Powiem tak – ta dziesiątka to płyty, które wypisałem jednym tchem, bez dłuższego zastanawiania się, czy A jest lepsza od B, a może płyta X powinna się tu znaleźć zamiast Y. To nie sztywny ranking, nad którym zarywałem noce, by znaleźć muzyczną prawdę i harmonię. Być może coś ze znajdujących się pod zestawieniem wyróżnień za dwa dni wskoczyłoby do mojej dziesiątki, być może obiektywnie powinno to wyglądać inaczej. Ale chrzanić to, przecież to najmojsze zestawienie, więc jest jak jest.

1. Chance the Rapper „Coloring Book”

Tak jak Barack Obama, jestem wielkim fanem tego gościa, a jego „Coloring Book” cały czas gości w moich głośnikach. Kwasowe bity z „Acid Rapu” ustąpiły miejsca gospelowym chórom, śpiew miejscami przyćmiewa rap, a Chance z niechęcią patrzy w stronę labelów i często nawiązuje do religii. Z żadną tegoroczną płytą godzina nie trwa tak krótko.

2. Michael Kiwanuka „Love & Hate”

To wyczekiwany przeze mnie i spełniający wszystkie oczekiwania album. Wielu powie, że ten rok obfitował w lepszy, ciekawszy, bardziej wizjonerski soul, ale to do tego klasycznego, spokojnego, nienachalnego Kiwanuki wraca mi się najlepiej. Uwielbiam jego głos, sposób śpiewania i nie przeszkadza mi to, że nie kombinuje zbytnio z wokalem, a często spycha muzykę na drugi plan. Może po dziesiątej takiej samej płycie mi się znudzi.

3. Gregory Porter “Take Me To The Alley”

Gregory Porter to kolejny nudny, zdawałoby się, pan, który nie nagrał przebojowej płyty, jednak kolejny raz wdarł się w mój świat swoją wrażliwością i poetyckimi wręcz tekstami. Maciek Saskowski na JazzSoul.pl pięknie zdefiniował tę płytę: „Porter prezentuje się na niej jako wirtuoz muzyki lekkiej i przyjemnej, przeznaczonej dla miłośników klasycznego jazzu środka”. A ja myślę, że to też całkiem niezła definicja osiakcore’u.

4. Oddisee „The Odd Tape”

Instrumentalny krążek Oddisee to idealny soundtrack do porannej kawy, najlepiej w weekend, kiedy mamy czas, by delektować się jej smakiem i nieśpiesznie nadrabiać prasowe (czy raczej portalowe) zaległości w newsach i artykułach. Wspaniały jazz rap, gdzie wszystko jest dopieszczone i wygładzone, a perkusja w każdym kawałku brzmi nieziemsko.

5. Noname „Telefone”

Noname kojarzyłem przede wszystkim z płyt Chance’a, a teraz wypuściła swój pierwszy mixtape. Na „Telefone” raperka opowiada o tym, jak w ciemnych kolorach widzi otaczający ją świat, a także z olbrzymią delikatnością pisze np. o aborcji. Na szczęście zostało jej nieco ironii, gdzieś tam przemyka tematyka miłosna, więc bywa, że i radość przegania nagromadzone chmury. Noname towarzyszą ładne, nieśpieszne, pełne nadziei i mimo wszystko pozytywne podkłady.

6. Kanye West „The Life Of Pablo”

Być może to moja naiwność, ale znowu dałem się nabrać na tę otoczkę, te aranżacje, kombinowanie i eksperymenty. Z zapartym tchem czekałem na livestream z odsłuchu i choć od tamtego czasu Kanye zdążył zmienić tę płytę z pięć razy, to „TLOP” dalej mnie chwyta. Kupuję to – muzycznie, tekstowo, wizjonersko, jakkolwiek. Jest zdecydowanie lepiej niż na „Yeezusie”.

7, Mac Miller „The Divine Feminine”

O tym, że Mac Miller potrafi pisać o miłości wiedzieliśmy już z kilku wcześniejszych numerów, jednak zazwyczaj okazywało się, że ta kobieta to… nie, nie hip-hop, marihuana. „The Divine Feminine” to już nie rap dla dzieciaków (choć lubiłem go w takim wydaniu, serio), nie newschoolowe bangerki, nie narkotyczne odjazdy, a piękny, stojący blisko soulu hołd złożony kobietom. Taki chance-the-rapperowy ten krążek, ale chyba dzięki temu tak udany. Brawo, Mac, wyszedłeś na ludzi.

8. Solange „A Seat at the Table”

To ze wszech miar wspaniała płyta. Wielkie ukłony dla tych kompozycji, śpiewu oraz tekstów na tym albumie. Słówko może na temat tego ostatniego, bo choć „A Seat at the Table” wpisuje się w modny obecnie trend pisania o tym, jak pomimo długich lat od zniesienia niewolnictwa trudno odnaleźć się ciemnoskórym w amerykańskim społeczeństwie, to wrażliwość Solange, jej punkt widzenia uwypuklany rodzinnymi historiami (zamieszonymi w interludiach do niektórych utworów), klasa sama w sobie. Ponadto to lekcja dla nas, białych, mieszkających po drugiej stronie globu, często zupełnie nierozumiejących zajść w Stanach.

9. Laura Mvula „The Dreaming Room”

Kiedyś na Twitterze nieśmiało wspomniałem, że brakuje „The Dreaming Room” w którymś z końcoworocznych rankingów i starsi koledzy szybko sprowadzali mnie na ziemię, twierdząc, że przecież w tym roku wyszło TYLE ciekawszej muzyki. A ja się nie zgadzam, bo urzeka mnie baśniowy klimat tego albumu i wcale nie chcę schodzić na ziemię, a chętnie będę dalej unosił się z Laurą. Eye Ma napisała dobrą recenzję tego orchestral popowego krążka, swoją drogą.

10. Alicia Keys „HERE”

Na koniec Alicia Keys, z którą spędziłem wiele chwil pod koniec 2016 roku. Ładna płyta. Tyle i aż tyle.

 

Honourable mentions:
Ahmed Malek „Musique Originale De Films”
Josef Leimberg „Astral Progressions”
Leonard Cohen „You Want It Darker”
Young Thug „Jeffery”
A Tribe Called Quest „We Got It from Here… Thank You 4 Your Service”
dvsn „5th Sept”
David Bowie „Blackstar”
Maxwell „blackSUMMERS’night”
Roy Woods „Waking at Dawn”
Anderson Paak „Malibu”
Electro-Acoustic Beat Sessions „Puzzle”
Common „Black America Again”
Katarzyna Borek „Space In Between”
Terrace Martin „Velvet Portraits”
Kendrick „Untitled, Unmastered”
Audio Push „90951”
K.A.A.N „Uncommon Knowledge”
Audio Push „Inside the Vibe”
Kevin Gates „Islah”
Elzhi „Lead Poison”
Classified „Greatful”
Aesop Rock „The Impossible Kid”
Jordan Rakei „Cloak”
Adrian Younge „Something About April II”
BadBadNotGood „IV”
Frank Ocean „Blonde”
Dorota Miśkiewicz „Piano.pl”
Blitz The Ambassador „Diasporadical”

 

Miłego słuchania, a ja zamykam podsumowania i wracam niedługo z kolejnymi recenzjami i innymi tekstami.

 

Mateusz Osiak

Dobry ze mnie chłopak, żaden odmieniec.