Podsumowanie 2015: Rozczarowania

Rozczarowania
Rozczarowanie w polskim rapie to codzienność. Słabe kawałki, facebookowe oświadczenia, nowe linie odzieżowe… idzie się załamać. Łatwo to jednak jednym kliknięciem pominąć. Gorzej natomiast, gdy czekasz na jakąś płytę, a ona okazuje się czymś niezdatnym do słuchania.

Podobnie jak wcześniej: nie ma co przejmować się pozycjami. Pamiętajcie też, że nie jest to spis najgorszych tegorocznych płyt, a rozczarowań. Znajduje się tu nawet jedna płyta, którą uważam za całkiem udaną, ale ja oczekiwałem czegoś o kilka poziomów lepszego.

6. Filipek „Beletrystyka”
Naprawdę lubiłem tego gościa, który we freestyle’u wyrastał na godnego następcę Te-Trisa i Muflona. W tym roku jednak zanotował totalny zjazd niemal na każdym polu. „Beletrystyka” to zbiór słabych i przewidywalnych punchline’ów zarapowanych jednostajnym, szybko nudzącym się flow. Jest po prostu nieciekawie, a Filipek wpisuje się w stereotyp freestyle’owca, który zupełnie nie ma na siebie pomysłu w studio. Zresztą płyta płytą – beefy z Koldim i Flintem, bucowate posty na FB oraz dziesiątki nowych utworów, brzmiących jak wersje beta, zrobiły z Filipka antybohatera tego roku.

5. Białas „Rehab”
Ile ja się nasłuchałem, że Białas jest w formie! Że flow, że pancze, że cuda wianki. Odpaliłem „Rehab” i w połowie miałem odruchy wymiotne. Jakieś moralizatorskie teksty, próby życiowych rozważań na poziomie rozprawek z gimnazjalnych wypracowań – było naprawdę źle. Udało mi się na kilka razy zmęczyć ten krążek, ale dobrego słowa nie da się powiedzieć. Ani muzycznie, ani rapersko, ani jakkolwiek inaczej się ten projekt nie broni. A przecież Białas słabym MC nie jest: udowadniał to w tym roku zarówno w pojedynczych numerach, jak i np. na epce z Quebonafide. Ten „Rehab” to natomiast totalna słabizna.

4. Rasmentalism „Wyszli coś zjeść”
Pewnie największe zaskoczenie tego podsumowania, bo i nowy Ramentalism to dobra płyta. Bity Menta, forma Rasa i jego linijki, chwytliwość singli – wszystko jest na miejscu, krążka słucha się dobrze, tylko że… zaraz po nim chce się wrócić do „Za młodych na Heroda” albo „MAUi WOW!E”. Zresztą chyba właśnie jakość poprzednich albumów Rasa jest największym – choć oczywiście niesprawiedliwym – zarzutem dla „Wyszli coś zjeść”. Można się oczywiście czepiać, że „Nie jestem raperem” to słaby kawałek, że Ras czasami brzmi jakby odgrzewał te same przemyślenia, co na „Za młodych na Heroda”, ale to nie zmienia faktu, że nowy Rasmentalism trzyma poziom. Tyle że i zostawia też spory niedosyt. Poprzednie albumy dalej mam na rotacji, a „Wyszli coś zjeść” już dawno z niej wypadli.

3. Hukos „Wielkie wojny małych ludzi”
W zasadzie wszystko, co miałem do zarzucenia tej płycie napisałem „Trzech szybkich”. W skrócie: gość, który ma naprawdę fajnie pióro (nie tylko jeśli chodzi o wersy), postanowił nagrać płytę na poziomie licealisty. Hukos narzeka, że mu ciężko, żali się, że za dużo pije, nagrywa storytellingi o wpadce w stylu nastolatka. Gdyby ten album nagrał jeszcze jakiś nieznany raper, to można byłoby jeszcze od biedy powiedzieć, że widać w młodym potencjał. Ale Hukos?

2. Ad.M.a „Gdy skrzydła w popiele, boginie schodzą na ziemię”
Doceniałem poprzednie dokonania Ady, widząc w niej potencjał, a jednocześnie obawiając się, że nastąpi moment, w którym forma jej nagrań zdecydowanie przerośnie treść. I niestety jej najnowszy materiał to krok w tę gorszą stronę. Już sam tytuł ostrzega, że wkraczając w ten album będzie można natknąć się na grafomanię. Wiem, że Ada ma w sobie artystyczną duszę, że próbuje uatrakcyjniać swoje projekty jak tylko się da, ale póki pojawiają się tam wersy takie jak: „Piraci ostrzą swoje harpuny / Codziennie polują w mojej zatoce”, dissy na matkę chrzestną (w ogóle w tym kawałku dość niesmacznie wywleka brudy z prywatnego życia) czy coraz dalej idące próby kreowania się na femme fatale i kuszenia męskich słucaczy, to nic dobrego z tego nie wyniknie. Dopóki też gawiedź ogląda Admę zamiast jej słuchać i pisze jej „Jesteś wspaniała” albo bardziej bezpośrednio „Ruchałbym xd”, dopóty marne są szanse na to, że raperka nagra w końcu krążek, o jakim marzy. Ma na to szansę, bo rapować potrafi, tylko te teksty i cała otoczka wokół jej twórczości skutecznie od niej odstraszają.

1. Zeus „Zeus. Jest super.”
Zaczynało mi już brakować Zeusa, zatem ucieszyła mnie wieść o tym, że w 2015 roku w końcu coś wyda. Kiedy zaczynał publikować single, zamiast apetytu rosły obawy, mimo to podchodziłem do tego spokojnie; pamiętam, jak trollował wszystkich swoim imagem i singlami przed „Zeus jak mogłeś?”. Tym razem historia się nie powtórzyła. „Zeus. Jest super” to zdecydowanie najgorszy album w jego dorobku. Pod każdym względem. Teksty są naiwne, proste, pełne pustych, populistycznych fraz, które można wrzucać z ładnym tłem na portal temysli.pl. Muzycznie niekiedy da się pomylić ten krążek z reklamami na Spotify. Refreny są słabe, zupełnie niechwytliwe, a wręcz przeciwnie – odpychają. Zeus zmiękł, ubyło mu też charyzmy, którą zawsze potrafił przyciągnąć. Odechciało mu się kombinować, wygrało pójście na łatwiznę i chęć zdobycia młodego grona eskowych słuchaczy. A skoro na Twitterze nastolatki przywołując „ODP2” piszą, że to pełna emocji płyta, cel został osiągnięty. Nie zmienia to faktu, że za te wyprane z uczuć popłuczyny i wykastrowane wersy Zeus powinien się wstydzić. Przypomniałem sobie dziś ten krążek jeszcze raz: bolało. Znowu bluzgałem jak Przemysław Cecherz. Najgorsze jest chyba to, że ta miałkość to celowy zabieg: Zeus udowodnił, że wciąż potrafi rapować na epce „Winda na 5.”.

Jeżeli podoba Ci się to, co piszę i chcesz mi pomóc w utrzymaniu serwera, a przy okazji masz zamiar kupić sobie jakąś płytę – zrób to z mojego linku. Jak nie kupujesz płyt – dołącz do fanpage’a strony.

Mateusz Osiak

Dobry ze mnie chłopak, żaden odmieniec.