Polski rap 2016: Rozczarowania

Kolejne zestawienie – tym razem płyty, które mnie rozczarowały. Wśród nich same znane ksywki.

To dla mnie najtrudniejsze tegoroczne podsumowanie. Głównie dlatego, że znajdują się w nim raperzy, których twórczość szanuję i/lub osobiście lubię. Przypominam, że to nie jest zestawienie najgorszych płyt. Znajdujące się tu albumy po prostu mnie zawiodły. Gdybym miał wystawiać im oceny, większość z nich dostałaby pewnie 5-6/10, czyli ogólnie rzecz biorąc trzymają poziom. Cóż jednak z tego, skoro po autorach można było spodziewać się albumów co najmniej o poziom lepszych. Niemniej, trzymam kciuki, że wszyscy ze znajdujących się tu raperów najbliższymi płytami odbudują moje zaufanie.

Abel „Hannibal”
W 2014 roku chwaliłem Abla za przyćmienie Tedego. Ciekawie wypadł sarmacki pomysł na jego krążek, a i sam gospodarz pokazał się wreszcie szerszemu gronu słuchaczy z jak najlepszej strony. Wydawałoby się, że kolejnym materiałem ugruntuje sobie pozycję na scenie i przestanie być wiecznie niedocenianym raperem. „Hannibal” nie wzbudza we mnie jednak żadnych emocji. Pozornie wszystko jest na swoim miejscu – Abel nie zapomniał przecież jak się rapuje, a Brat Jordah zadbał o to, by muzycznie płyta się broniła, ale nie widzę powodów, by wracać do tego albumu. Na „Hannibalu” nie ma hitów, wpadających w ucho melodii, refrenów, które zostawałyby w głowie na dłużej czy czegokolwiek, za co można by wystawić tej płycie ocenę wyższą niż poprawna.


Bisz/Radex „Wilczy humor” || Ten Typ Mes „AŁA.”
Obu tych panów zamieszczam w jednym wpisie z kilku powodów. Przede wszystkim, zarówno Mesa, jak i Bisza postawiłbym w gronie moich ulubionych raperów. Obaj nie przekonali mnie singlami, a do ich płyt podchodziłem pełen obaw. Te obawy były uzasadnione: „AŁA.” i „Wilczy humor” to atak na wielką sztukę, to próba zostania artystą przez wielkie „a”, to niepotrzebne udowadnianie, że rap może być czymś więcej niż muzyką dla blokowisk. Obaj zupełnie do mnie nie trafili. Szukam czegoś pod warstwą ich metafor i widzę pustkę. O ile jeszcze u Mesa znajdzie się kilka porządnych utworów („Book, please”, „Ale psa byś przytulił”), to nie mam ochoty do wrócenia nawet do połowy kawałka z „Wilczego humoru”, nawet mimo początkowych wahań. Najgorsze płyty w dyskografiach. U jednego i drugiego. A jak jeszcze pomyślę o tej okładce Mesa i dorobionej ideologii, to mam odruch wymiotny, serio. Porcys słusznie rozprawił się z jednym i drugim.

KęKę „Trzecie rzeczy”
Recenzenci rozpływają się nad tym albumem, doceniając przemianę i dojrzałość Piotrka. I okej – szanuję i naprawdę cieszę się, że KęKę wyszedł w swoim życiu na prostą. Niemniej, moim zdaniem ta płyta jest zwyczajnie miałka. Brakuje tu werwy, energii, uderzających tekstów, zamiast tego mamy zlepek życiowych mądrości, tego, że mimo przeszkód KęKę osiągnął sukces i diri diri daj. Większość kawałków jednym uchem wpada, drugim wypada, zostawiając jedynie niesmak. W porównaniu z dwoma poprzednimi albumami „Trzecie rzeczy” zupełnie się nie bronią, ani pod względem treści, ani muzyki – a warto dodać, że dobór bitów to od zawsze była pięta achillesowa KęKę (Gdzie czasy podkładów 2stego z mocnym bassem, na którym Piotrek wypadał znakomicie?)

Małpa „Mówi”
Świadomy tego, że wielki album może się nie przydarzyć po raz drugi, a długa przerwa od rapowania z pewnością zrobiła swoje, ostrożnie i bez nastawiania się podszedłem do „Mówi”. Potem podszedłem drugi, trzeci i kolejny raz. I za żadnym razem trybiki nie zaskoczyły. Okej, Małpa dalej rapuje w swoim stylu (do którego wciąż mam sentyment), dba o technikę, dostał ciekawe, nowocześniejsze niż wcześniej bity, ale brakuje mi tu charakteru i pazura, jaki pokazał na klasycznym już „Kilka numerów o czymś” czy wcześniejszej twórczości. Jeśli to przetarcie przed powrotem do regularnego rapowania, to okej, niech będzie i takie, ale generalnie nuda, panie.

Rasmentalism „1985”
W zasadzie mogę po prostu wkleić to, co napisałem wcześniej na blogu:
„Następujące rzeczy niemiłosiernie wkurzają:
a) wjeżdżają klawisze w „Ale zdejmij buty”, a Ras mówi: „TO JEST MUZYKA, A NIE” – to co Ty, gościu, robiłeś przez ostatnie dziesięć lat?,
b) Ras udaje Mesa. Odpalcie sobie „Będę na działce” Mesa, a potem „Co mi zrobisz?” – idealne podobieństwo,
c) super spostrzeżenia takie jak: „Chłopaki mówią jest, co ruchać, ale nie ma z kim wyjść / To zabawne, bo dziewczyny mówią dokładnie to samo”,
d) zgrywanie przez Rasa miejskiego filozofa.
A wiecie, co już jest w ogóle najgorsze? Nie można powiedzieć, że to słaba płyta. Ment dalej genialnie produkuje, a Ras przecież nie zapomniał, jak się rapuje. Tylko w ogóle nie chce mi się tego słuchać, odrzuca mnie „wyższość” tego krążka”.

Szesnasty „Pan tu nie stał”
RECENZJA
Bardzo szanuję tego gościa za humor (sprawdźcie, co wrzuca na swój fanpage) i poprzedni krążek, „Tego pan nie poskłada”, który w zeszłym roku gościł w rankingu zaskoczeń. „Pan tu nie stał” w przeciwieństwie do poprzednika męczy, zarówno pod względem zbyt dyskotekowych bitów, jak i tekstów, którym brakuje błyskotliwości i które kierowane są do zdecydowanie młodszych ode mnie słuchaczy. Zresztą widać to też po tym, ile niezwiązanych z rapem osób zaczęło się interesować jego twórczością – na tym polu krążek odniósł sukces i niejedna „niehophopowa” znana mi osoba poznała w 2016 roku twórczość Szesnastego.

Bonusy spoza polskiego rapu:
BJ the Chicago Kid „In My Mind”
„Pineapple Now-Later” to jedna z moich ulubionych płyt 2012 roku, od tamtej pory Chicago Kid regularnie użyczał swojego wokalu w przeróżnych utworach, najczęściej dodając im tym samym kolorytu, a „In My Mind” jest jakieś nijakie w porównaniu z poprzednim krążkiem. I chociaż dziesiątki razy próbowałem się do niej przekonać, to po prostu nie szło. Serduszko mógłbym zostawić jedynie utworowi „Church”.

Hoodie Allen „Happy Camper”
Hoodie to dobry chłopak nagrywający przyjemne dla ucha piosenki o podrywaniu dziewczyn, imprezach i szukaniu szczęścia i czasami wychodzi mu naprawdę porządnie, ale ile pozostawać w tej samej konwencji, szczególnie jeśli nie ma tu wielkich hitów.

Macklemore & Ryan Lewis „This Unruly Mess I’ve Made”
Lol, to ktoś to jeszcze pamięta?

Mateusz Osiak

Dobry ze mnie chłopak, żaden odmieniec.