Pożeracze playlist #2

W pierwszym zestawie „Pożeraczy playlist” starałem się unikać oczywistości. Teraz pewnie nieraz otrę się o tytuły bardzo dobrze znane i lubiane utwory, niemniej kradną one moją listę odtwarzania za każdym razem, gdy tylko włączę Foobara. Zmiana tylko jedna: tym razem jednak nie ograniczę się tylko do polskiego rapu.

Na Ślizgu spotkałem się z opinią, że „Za młodzi na Heroda” to klasyk na miarę „Najebawszy”. W pierwszej chwili parsknąłem, ale w drugiej zacząłem się zastanawiać, jaka płyta w ostatnich latach najczęściej była u mnie odtwarzana? Prawda jest taka, że z najnowszym krążkiem Rasmentalismu nie rozstaję się od premiery. Płyta ciągle jest w samochodzie, w domu towarzyszy mi wersja mp3. Stawiam na podrywający do tańca kawałek „OFF”, ale w zasadzie połowa numerów z „ZMNH” – na czele z „Umarł król, niech żyje” czy „Pervoll Vanish” – może pożreć niejedną tracklistę. Singlowy numer z najlepszym teledyskiem zeszłego roku jest perfekcyjny, cieszę się, że w moich okolicach nie czają się fotoradary, bo w momentach, kiedy Ras przyspiesza, noga staje się cięższa. 

„Homecoming” stał się dla mnie niezwykle ważnym utworem, kiedy wyprowadziłem się z domu. Coweekendowe powroty z ciężką torbą na ramieniu umilał mi wtedy Kanye West i jego kawałek poświęcony Chicago. Nie spodziewałem się, że moją rodzinną miejscowość będę darzył takim sentymentem, a tu proszę – zmiana miejsca zamieszkania naprostowała mnie szybko. I chociaż nie personifikuję swojej niewielkiej wsi jak Kanye, to wracając często nucę sobie pod nosem refren Chrisa Martina.

Składanka z przetłumaczonymi na polski tekstami Jaromira Nohavicy często gości na mojej playliście. Lubię przysiąść przy tym dwupłytowym wydawnictwie i zatrzymać się przy kilku mocniejszych pozycjach. Jedną z nich jest „Myszka miki’ (org. Mikimauz) wykonywana przez niezwykle charyzmatycznego Mirosława Czyżykiewicza. Przez trzy i pół minuty buduje on napięcie, przelewa frustrację i rozgoryczenie. Cudowny utwór, szkoda, że wykonawca znany jest jedynie w pewnych kręgach.

Jeden z moich ulubionych lovesongów. Co prawda częściej słucham go w wersji z „Re-mixtejpu”, ale nie można jej znaleźć na YouTube. Jot to postać, do której zawsze podchodzę z wielką sympatią (właśnie za takie numery), ale nigdy nie kupiłem jego materiału w całości, zawsze czegoś mi brakowało. „Uśmiechy i łzy” w wersji Moongooza są delikatne, w remixie – o ile dobrze pamiętam – samego Jota, to wersja mroczna, w której czuć ten zadymiony klub „zalany przez dzieciaki na haju”, gdzie raper przeżywa to wręcz mistyczne spotkanie z kobietą. Tak czy inaczej – piękny numer.

Zeszłoroczny album Jose Jamesa szybko trafił na półkę z moimi ulubionymi płytami. Jego bardzo romantyczne piosenki ubarwiły mi niejedną randkę, a „Come to my Door” to najjaśniejszy punkt „”No Beginning, No End”. Kiedy cudowny, delikatny głos Jose rozpływa się w głośnikach, nie sposób włączać go raz po raz.

„Fuck it, I wanna billion”. Nie ma imprezy bez tego numeru. „Picasso Baby” to esencja wygrywania życia, trwonienia hajsu na głupoty i  jednocześnie żądzy powiększania majątku. Kto jak kto – Jay Z wie, o czym rapuje, a nam pozostaje wyobrażać sobie to uczucie, słuchając jego płyt.

Mateusz Osiak

Dobry ze mnie chłopak, żaden odmieniec.