Ben Hope kontra reszta świata – Scott Mariani „Zagubiony klejnot”

Scott Mariani po raz kolejny posyła Bena Hope’a do akcji. Tym razem były komandos SAS zmuszony jest do walki z włoską policją wspieraną przez angielską śledczą oraz z rosyjską mafią. Kto zwycięży w nierównym pojedynku Hope kontra reszta świata?

Po odwiedzinach u starego kolegi z wojska, Ben wraca z Rzymu do Londynu, by kontynuować pracę i ratować swój związek. Na drodze niemal potrąca bawiącego się chłopca. Kiedy odprowadza go do rodziców, zostaje zaproszony na wystawę sztuki. Tam dochodzi do masakry – nieznani sprawcy napadają na galerię, mordują wielu gości i wykradają tylko jeden szkic Goi. Hope, mimo że dzielnie walczy, nie jest w stanie wszystkim pomóc. Dręczony wyrzutami sumienia, analizuje wydarzenia minuta po minucie i dochodzi do zaskakujących wniosków. Nie wszystkim się to podoba, toteż za chwilę bohater ma na karku organy ściagania, dowodzone przez brawurową Darcey Kane oraz króla rosyjskiej mafii, Grigorija Szykowa.

Wydaje się, że jest bez szans. Jednak, chociaż już niemłody, wymyka się wszystkim i raz po raz wygrywa nierówne potyczki. Znajduje wyjście z każdej sytuacji: walcząc wręcz, strzelając, montując zasadzki z przypadkowo znalezionych rzeczy niczym MacGyver czy uciekając przed pościgami, gra wrogom na nosie. Jak przystało na prawdziwego superbohatera, niemal się nie męczy, potrafi przeprowadzić na sobie operację i przetrwać w najtrudniejszych warunkach.

„Zagubiony klejnot” jest jak hollywoodzki film sensacyjny – pełno widowiskowych scen, akcja nigdy nie zwalnia, trup ściele się gęsto. Choć taki obraz świata kompletnie odbiega od rzeczywistości, ekranizacja z pewnością wkrótce się pojawi, przynosząc Benowi Hope’owi sławę na miarę Johna McClaine’a lub Jasona Bourne’a. Uwaga: po kliknięciu pokażą się szczegóły fabuły lub zakończenia utworu

Najnowsza powieść Marianiego spodoba się fanom wartkiej akcji, dla których pościgi i strzelaniny są ważniejsze od fabuły. „Zagubiony klejnot” jest pozycją lekką, przyjemną i niewymagającą; dla mnie to zdecydowanie za mało, gdyż z góry wiadomo, jaki będzie finał. Ben Hope, jako postać niepopełniająca prawie żadnych błędów i wygrywająca wszystkie możliwe pojedynki, zamiast porwać ze sobą w wir wydarzeń, raczej mnie znudził i pozostawił uczucie niedosytu.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję:

Mateusz Osiak

Dobry ze mnie chłopak, żaden odmieniec.