Boguś Mahboob „I Live for the Funk” [recenzja]

Rap o jaraniu kojarzy mi się z ulicznymi przygłupami w koszulkach „Jestem za”, którzy opowiadają swoje dilerskie historie i raz w swoim życiu muszą odbyć pielgrzymkę do Holandii. MCs rzucający dokładne rymy pod oldschoolowe bity też zazwyczaj nie skradają mojej uwagi. Logicznie rzecz biorąc, kogoś takiego jak Boguś Mahboob powinienem omijać szerokim łukiem, ale jest zupełnie inaczej. Ten gość po prostu wymknął się z tych szufladek.

Poznałem go kilka ładnych lat temu na forum tygodnika „Piłka Nożna”, gdzie Boguś ekscytował się meczami Liverpoolu, odwiedzając temat o hip-hopie i wrzucając tam swoje pierwsze próby nagrywania na czele z legendarnym – i chyba niedostępnym już nigdzie – spontanem „Zostawcie mój jazz, świnie”. Kiedy forum ostatecznie upadło, ja już od dawna wertowałem na Ślizgu wątki dotyczące polskiego podziemia, zaglądając oczywiście do innych działów. Tam spotkałem Mahbooba, a właściwie FunkDoca po raz drugi. Składał zdania w szalonym, nie do końca zrozumiałym stylu, pisał o podrywaniu świń dziewczyn na rower z trąbką (widać go w teledysku do Hurragun „Hurragunz„) oraz o „prażeniu” blantów. Często już irytował swoim postingiem, ale generalnie to typ osoby, która może cię wkurwiać, a i tak jest twoim ziomkiem.

Zaczął też na poważnie nagrywać kawałki, w których – choć zaczynał mieć już zalążki swojego stylu – przekreślało go niesamowite seplenienie. Kiedy podesłał mi swoją epkę okazało się, że wada wymowy, którą zdołał ją nieco okiełznać, to jego jedyna wada, a stylówkę ma nie do podrobienia. Ten 55-kilogramowy mikrus o wzroście Al Pacino potrafi zrymować „cztery/rapery/komputery/Franck Ribery”, a ty zamiast go besztać za prostotę, szczerze się uśmiechasz. Teksty przepełnia świetnymi one-line’erami („Nie jestem kobietą ani Samuelem Eto’o i wie to każde dziecko w tym getto”), angielskimi frazami i odwołaniami do amerykańskiego oldschoolu oraz polskiej klasyki. O jaraniu wspomina prawie w każdym kawałku (wszak jednym z jego marzeń jest spróbowanie bangalskiego haszu), jednak nie koncentruje się na tym, opowiada – a jakże – o dziewczynach i rapie, na którym zna się jak niewielu w tym kraju.

Mam wrażenie, że nagrane na instrumentalach „I Live for the Funk” to aperitif do tego, co Boguś może nam zaserwować w przyszłości, kiedy dobierze sobie bity od producentów. Jego siła tkwi doskonałym wyczuciu bitów, olbrzymim luzie oraz tym, że jest całkowicie oderwany od reszty – robi rap po swojemu, czerpiąc z oldschoolu, może nieco go odświeżając, ale zostawiając tam najwięcej miejsca dla samego siebie. I co z tego, że dla wielu to przeterminowany rap, jak świeżości jest tam więcej niż gdzie indziej.  Pozostaje życzyć Bogumiłowi szybkiego wyjścia na wolność i montowania kolejnego materiału. FREE MAHBOOB

 

Mateusz Osiak

Dobry ze mnie chłopak, żaden odmieniec.

  • Anonymous

    „robi rap po swojemu, czerpiąc z oldschoolu, może nieco go odświeżając, ale zostawiając tam najwięcej miejsca dla samego siebie. I co z tego, że dla wielu to przeterminowany rap, jak świeżości jest tam więcej niż w gdzie indziej.” „psepalony wokal na blokach” hahahaha beka wchuj z tego wacka i recenzji. Przeruchane we wszystkie otwory patenty from 90’s wciąż modne w cebulandii. A dla niektórych to nawet świeżość. xD

    • Anonymous

      NAJS TRAJ KAABAN

    • No przecież ta epka to sztos. ‚><

    • Anonymous

      Ja rozumiem że ktoś może jarać się tą epką, ale tylko wtedy jeśli boombapu słucha najwyżej 2 lata. Dla osób które są w kurwe osłuchane z group houmami, das efexami czy innymi ganstarami, a z rodzimego podwórka chociażby z twórczością asfaltowych artystów z lat 200-2009, ta epka to 3setna woda po kisielu. Ile można słuchać wciąż tego samego pierdolenia o tym samym, w ten sam sposób? I sorry ale rymy typu „nie jestem kobietą ani samuelem eto’o i wie to każdy dzieciak w tym geto, ye yo!” wywołują jedynie zażenowanie. Nie no kurwa, serio nie jesteś kobietą? Już nie wspominam o tych angielskich wstawkach które brzmią mega żałośnie i infantylnie. Lata 90już się skonczyły, ludzie obudźcie się. Robienie muzyki stylizowanej na lata 90, kiedy był klimat inny niż teraz, to kabotyństwo i życie sentymentami. Chodzi mi tu w szczególności o warstwę liryczną, co do muzyki jestem bardziej tolerancyjny ale to też temat do dłuższych przemyśleń. Wszystko to sprawia że boombap w 2014 nie brzmi dla mnie szczerze. Boombap in 2k14 to po prostu: brak kreatywności, pomysłu na siebie, to posługiwanie się schematami, a „artyści” w tym wypadku to wyrobnicy.

      PS I nie jestem żadnym kaabanem do kurwy. xdd.

  • Wole taki prawdziwy rap niż to co teraz jest :/ bliżej tej nowości do popu niż do rapu !

  • Ten komentarz został usunięty przez autora.