Bohater mojego dzieciństwa zszarzał – Alfred Szklarski „Tomek w krainie kangurów”

Tomek Wilimowski to jeden z bohaterów mojego dzieciństwa. Mógłby się równać nawet z Ashem Ketchumem.

Seria Alfreda Szklarskiego o Tomku Wilimowskim wychowała niejedno pokolenie. Młodzieniec był wzorem dla mojej mamy, starszych znajomych, mnie, a pewnie i dla wielu młodszych ode mnie czytelników. Jego perypetie mroziły krew w żyłach, wzruszały i uczyły tego, jak postępować w trudnych sytuacjach. Zawsze też powtarzam, że o przygodach Tomka będę czytał swoim dzieciom. Wszak cierpimy teraz na niedobór tak dobrych bohaterów.

Tomek to chodzący ideał – świetnie i szybko się uczy, jest ciekawy świata, posiada twardy kręgosłup moralny, kocha ojczyznę, prawie zawsze wzorowo postępuje, nie krzywdzi innych. Jeśli psoci, to zazwyczaj z umiarem, jeśli nie słucha się ojcowskich rad, to i tak przekuwa tę niesforność w bohaterskie czyny. Może teraz ta jego nieskalaność nieco mnie irytuje, niemniej jako dziecko z podnieceniem przeglądałem kolejne strony powieści Szklarskiego i chciałem być jak on.

Już od dawna planowałem odświeżenie tej serii. By wrócić do czasów podstawówki, by jeszcze raz poznać te historie, by wreszcie przeczytać je w chronologicznej kolejności, bo za małolata wypożyczałem te książki, które były dostępne w bibliotece. Kiedy już udało mi się dorwać „Tomka w krainie kangurów”, pierwszą część serii, okazało się, że na podobny pomysł wpadł Wojciech Gołąbowski, recenzujący na portalu esensja.pl tom po tomie. By nie powtarzać streszczenia fabuły i przedstawienia głównych postaci, odsyłam do tekstu „Początek średnio udany„, a sam muszę się, niestety, zgodzić z autorem – po latach powieść Szklarskiego to już nie to samo.

Zgadzam się z zarzutem, że najbardziej irytuje encyklopedyczność tomu. Kangury dzielimy na takie, takie i takie. Ta roślina to blablabla. Australia zamieszkana jest głównie tam i tu. Co chwila, w każdym nowym miejscu lub przy napotkaniu nieznanego łowcom zwierzęcia pojawia się jego szczegółowy opis, żywcem wyjęty ze szkolnego podręcznika. To razi, zwalnia akcję, nadaje powieści sztucznego, nudnego tonu. Z drugiej strony – to bardzo dobre źródło wiedzy. O ile większości dzieci nie chce się zaglądać do encyklopedii (kto w ogóle teraz ich używa?), tak tutaj w dialogi bohaterów wetknięto masę informacji z zakresu zoologii czy historii (oj, nie wiem, czy w szkole dzieci dowiedziałyby się o Pawle Strzeleckim czy innych polskich odkrywcach).

Co więcej, zbyt idealny jest ten Tomek. Czego się nie podejmie, to mu się udaje. Strzela bezbłędnie, zawsze wychodzi obronną ręką z trudnych sytuacji, w samym pierwszym tomie dokonuje wielkich czynów co najmniej cztery razy, a jest przecież tylko nastolatkiem. Aż prosi się, by ktoś utarł mu w końcu nosa lub by powinęła mu się noga. A tu pasmo niekończących się sukcesów. Dorosły Mateusz Osiak tego nie kupuje.

Cóż, nie będę ukrywał, że miałem szczególnie wielką frajdę z lektury. Ot, kartkowało się tę powieść i tyle, czas jakoś zleciał. Sentyment niekiedy wracał, szczególnie gdy akcja nabierała tempa lub w kilku obrazach, jakie wryły mi się pamięć, gdy po raz pierwszy poznawałem tę historię (np. pierwsze zetknięcie z Sally). Muszę jednak przyznać, że to już nie to, zestarzała się ta książka, a sam bohater też zszarzał. W każdym razie zdania nie odwołuję, będę to czytał dzieciom, niech czerpią wzór z Tomka, tylko może zacznę od ciekawszych części. Pamiętam, że to „Tomka na wojennej ścieżce” lubiłem najbardziej.

Mateusz Osiak

Dobry ze mnie chłopak, żaden odmieniec.