Do Kościoła po wybojach – Jennifer Fulwiler „Któż jak nie Bóg?”

fulwilerNawrócony ateista to wielokrotnie przerabiany już motyw w chrześcijańskiej kulturze. „Któż jak nie bóg?” to osobista i pełna emocji historia Jennifer Fulwiler, która odnalazła Boga w swoim życiu. Czym różni się ta książka od innych tego typu publikacji?

Zaraz po tym, jak zdecydowałem się na przeczytanie tej pozycji, ogarnęły mnie wątpliwości. Przecież tu wszystko mogło nie wypalić! To mogła być następna mdława opowiastka o tym, jak wojująca ateistka za sprawą cudownego zdarzenia wraca na łono Kościoła. Nie brakuje przecież filmów i lektur o podobnej tematyce, które – choć przyjmowane ciepło wśród chrześcijan – powodują jedynie wzruszanie ramion u niewierzących. Mając w głowie też amerykańską wizję Kościoła i prześcigających się w sprzedawaniu religii jak towaru pastorów, mój strach przed tą lekturą jeszcze bardziej się wzmógł. Czy kolejny raz dałem się nabrać na katolickie cliche? Już z samego tonu tego wstępu możecie wywnioskować, że „Któż jak nie Bóg?” to zupełnie inna bajka.

Owszem, Jennifer Fulwiler była ateistką. Może nie z gatunku tych walczących i zdejmujących krzyże w publicznych miejscach, ale z silnym przekonaniem, że Bóg został wymyślony po to, aby ludzie mieli sobie czym zapełnić pustkę. Swoje zrobiło wychowanie w niewierzącej rodzinie, przez które nie miała zarówno szacunku do Pisma Świętego (robiła z niego wydzieranki), jak i ze zdziwieniem patrzyła na rówieśników chodzących na katechezy czy w ogóle podejmujących temat Boga w dyskusjach. Nauka i religia według niej nie mogły iść w parze. Jennifer zaczęła karierę i niedługo potem poznała przyszłego męża, który – ku jej zaskoczeniu – przyznawał się do wiary w Boga. Czy to moment kulminacyjny? Nie. Joe był niepraktykujący. Jednak sam fakt, że ktoś tak inteligentny nazwał jej ateistyczne poglądy nierozsądnymi, zasiał w niej ziarnko niepewności. Mimo sporadycznych rozmów o religii oraz braku wywierania jakiejkolwiek presji, to ziarnko kiełkowało i powodowało, że Jennifer tuż po urodzeniu pierwszego dziecka, zaczęła sprawdzać, o co tym wierzącym chodzi.

Zaczyna się od jednej przypadkowo nabytej książki. Były ateista (mówiłem, że popularny temat?) za pomocą, jak to nazywa, dziennikarskiego śledztwa udowadnia, że Jezus istniał – to nie było dla Jennifer oczywiste – i wskazuje, dlaczego chrześcijaństwo ma sens. Autorka „Któż jak nie Bóg?” jest wstrząśnięta. Zadaje sobie coraz więcej pytań, w czym pomaga jej założenie własnego bloga, rozgląda się za kolejnymi publikacjami na temat wiary i próbuje rozwiewać swoje niezliczone wątpliwości. A to nie błahe sprawy: Kościół ma wiele pozornie „słabych punktów”, a jednym z nich jest wspomniane przez Fulwiler interpretowanie słów Pisma Świętego na różne sposoby przez rożne odłamy chrześcijaństwa. Każde kolejne pytanie i szukanie odpowiedzi stopniowo wpływa na światopogląd autorki.

Proces odchodzenia od ateizmu do wiary trwa dość długo, nie mówiąc już o powrocie do Kościoła. To nie jeden cudowny zwrot akcji, a mozolne wyjaśnianie setek istotnych kwestii.  Jennifer w swoim „śledztwie” nie traci zdrowego rozsądku i podchodzi do religii ostrożnie, patrząc na nią z racjonalnego punktu widzenia. W rozumieniu katolicyzmu pomagają jej czytelnicy bloga, znajomi wierni, ale też ojcowie Kościoła i apologeci, do których dzieł sięga (przede wszystkim C. S. Lewis i G. Chesterton). W kwestiach aborcji, antykoncepcji i eutanazji pomagają jej naukowe dokumenty, takie jak „Raport zespołu badawczego z Dakoty Południowej na temat aborcji”, oraz własne doświadczenia z problemami zdrowotnymi i odradzaniem jej kolejnych ciąż.

„Któż jak nie Bóg?” to trudna, pełna wybojów i zakrętów droga Jennifer Fulwiler oraz jej męża do katolicyzmu. Nie ma tam żadnego cudu, po którym autorka zaczęła wielbić Stworzyciela, kompletnie zapominając o tym, kim była wcześniej. To nie długi, naiwny i pełny podniosłych zwrotów i uśmiechniętych twarzy pean ku czci religii. To historia kobiety z temperamentem, która zaczęła szukać informacji o wierze, a te finalnie zaprowadziły ją przed ołtarz. Dni mijają, a ja dalej mam tę książkę w głowie i jestem pod wrażeniem, że Jennifer wystarczyło determinacji, by tak zgłębić religijną tematykę. Od dziecka jestem katolikiem, a przeczytałem o swojej wierze zapewne o wiele mniej niż ona w kilka lat. Wielki szacunek dla autorki i z czystym sercem polecam tę książkę.

Jeżeli podoba Ci się to, co piszę i chcesz mi pomóc w utrzymaniu serwera, a przy okazji masz zamiar kupić sobie jakąś płytę – zrób to z mojego linku. Jak nie kupujesz płyt – dołącz do fanpage’a strony.

KUP PŁYTY Z PODZIEMIA I MAINSTREAMU NA PREORDER.PL

Mateusz Osiak

Dobry ze mnie chłopak, żaden odmieniec.