Drugie dno piłki – Krzysztof Stanowski „Stan futbolu”

stanfutbolu

Słyszę: „Stanowski”, myślę: „jakość i dosadność”. Nie inaczej mogło być w „Stanie futbolu”.

Założenie Twittera było dla mnie jednoznaczne z zetknięciem się z niekoronowanym królem i najbardziej charyzmatyczną postacią tego serwisu w Polsce (przepraszam, panie Krzywicki). To wtedy tak naprawdę poznałem redaktora Stanowskiego, produkującego setki uszczypliwych komentarzy, dorzucającego do nich garść newsów z pierwszej ręki. Często się zaperza i zapomina w wymachiwaniu szabelką, przez co kilka razy musiałem go „odobserwować”, jednak im dalej w las, tym większego dystansu nabierałem do jego postaci. Szacunek wywalczył już wcześniej.

W „Stanie futbolu” założyciel Weszlo.com opisuje swoją przygodę z piłką nożną i dziennikarstwem. Część z tego była znana już wcześniej – Stanowski od małolata pracował w prasie, jako nastolatek odwiedził Mundial w Korei i Japonii (przez długi czas był jedynym przebywającym tam polskim dziennikarzem), na początku kariery przeprowadzał też wywiad z Luisem Figo. To niesamowita, niezwykle inspirująca historia człowieka, który poświęcił swojej pasji praktycznie wszystko z młodzieńczych lat i już jako gówniarz awansował do pierwszej ligi dziennikarstwa. Niezmiennie pcha to dalej, mając tylu samo zwolenników, co przeciwników. Tych drugich głównie przez to, że nie prawi komplementów za nic, tylko wbija kolejne szpile.

I właśnie to jest prawdziwą siłą jego książki. To prawda, że jego historia, anegdotki z pracy i te piłkarzami w tle razem ze zmysłem narracyjnym powodują, że „Stan futbolu” czyta się niezwykle szybko. Ale, umówmy się, to zapychacze, historyjki do opowiedzenia kolegom przy piwie. Kiedy Stanowski zakasuje rękawy i zaczyna rozprawiać z poszczególnymi osobami, wtedy zaczyna się robić ciekawie.

Kto kiedykolwiek czytał naczelnego Weszlo.com, ten wie, że Stano nie bierze jeńców. Wykłada kawę na ławę. Jest agresywny, używa dosadnego języka, w tym inwektyw. Przy tym jednak popiera swoje opinie wieloma argumentami, jest niebywale konsekwentny, a swoje racje wyjaśnia łopatologicznie, na chłopski rozum. Można nie zgadzać się z jego słowami czy mieć go za gościa, który wciska jakieś kocopoły, ale bardzo trudno z nim dyskutować, bo okopuje się tak głęboko, że nie sposób go podejść. Dlatego gdy w „Stanie futbolu” bierze na świecznik takie postacie jak Franciszek Smuda, Cezary Kucharski, Dariusz Tuzimek czy Roman Kołtoń to rozprawia się z nimi bez litości, punktując ich wszystkie słabe punkty. Wtedy ta książka nabiera (wojennych) barw. Wtedy zaczyna porywać.

Oczywiście to nie tak, że „Stan futbolu” jest jedynie zbiorem ataków na przeciwników autora (topór wojenny z Kołtoniem jest zresztą zakopany). Stanowski potrafi też chwalić i doceniać (np. Zbigniewa Bońka i Adama Nawałkę) czy odkrywać te „tajemnice boiska, szatni i piłkarskich gabinetów”, o których mowa w podtytule książki. Uczciwie przyznaję: pojęcia do tej pory nie miałem, jak wygląda np. rynek menadżerów piłkarskich w Polsce. Stanowski poświęca mu sporo miejsca, jak również opisuje smutne i zazwyczaj biedne losy piłkarzy po zakończeniu kariery czy to, jak ważna jest rola ich partnerek w utrzymaniu piłkarzy w ryzach.

Innymi interesującymi momentami książki są fragmenty, kiedy Stano pisze, dlaczego przestał żyć piłką tak jak wcześniej, dlaczego już nie ekscytuje się polską ligą czy dlaczego głupio czuje się bijąc brawo na ukochanej niegdyś Legii. To fragmenty, w których autor niszczy romantyzm futbolu, pisząc m.in. o tym, że nie ma czegoś takiego jak przywiązanie zawodnika do klubu, a najważniejsze w piłce od dawna są pieniądze.

„Tak to jest z tą piłką, że gdyby podejść do niej maksymalnie racjonalnie, odrzeć ją z tych wszystkich emocjonalnych pierdów, to traci na uroku. Dlatego lubimy się wszyscy oszukiwać, budować sztuczne więzi, pozorować większe uczucia, udawać wielką rodzinę. Wiemy, że to jeden wielki kit, ale prawda nie jest do niczego potrzebna, dlatego lepiej ją zignorować”.

Nie sposób się z tym nie zgodzić. Sam lubię żyć w tym kłamstwie. Z tym że ja nie wiem, jak wielkie to kłamstwo. Śledzę rozgrywki, oglądam mecze, ale nie jestem fanatykiem. Rzadko chodzę na stadion, nie znam środowiska, nie docierają do mnie plotki, nie wiem, ile tam jest tego syfu. Stanowski wie. Sam pisze, że to przekleństwo pracy dziennikarza sportowego:

„Bardzo często ludzie twierdzą – rób to, co kochasz, a jeśli ci za to płacą, to wspaniale! Tak, na pozór trudno polemizować z takim stwierdzeniem. Jednak sam po sobie wiem, że wielokrotnie zazdrościłem ludziom, którzy nie podeszli do futbolu na tak niebezpiecznie bliską odległość”.

W stu procentach rozumiem Stana, Ja siedzę w rapie, może nie aż tak głęboko jak on w piłce, ale im dalej w las, tym ciemniej. Tym bardziej chce się to wszystko rzucić. Ale jak? Przecież poświęciło się temu tyle czasu, przecież mimo wszystko kocha się to, co się robi. Obaj mamy to szczęście, że zarówno muzyka, jak i piłka potrafią dać wiele radości. Tak jak mnie cieszy świetna płyta, tak jego z pewnością raduje emocjonujący mecz i piękne futbolowe historie (takie jak Leicester w Premier League czy Islandii na Mistrzostwach Europy). To daje motywację do dalszej pracy.

Bez względu na to czy znacie i lubicie Stanowskiego,  czy też nie, warto sięgnąć po „Stan futbolu”. Wyniesiecie z tej książki sporo nieznanych informacji o piłce nożnej, dowiecie się czegoś o barwnej postaci autora, a już na pewno dzięki niej zabierzecie ze sobą na imprezę masę anegdotek, którymi będziecie zabawiać znajomych.

Jeżeli podoba Ci się to, co piszę i chcesz mi pomóc w utrzymaniu serwera, a przy okazji masz zamiar kupić sobie jakąś płytę – zrób to z mojego linku. Jak nie kupujesz płyt – dołącz do fanpage’a strony albo po prostu wyłącz AdBlocka i daj zarobić z AdSense. Będę wdzięczny. :)

KUP PŁYTY Z PODZIEMIA I MAINSTREAMU NA PREORDER.PL

Mateusz Osiak

Dobry ze mnie chłopak, żaden odmieniec.