Estragon & Palmer Eldritch „Olbrzym” [przedpremierowa recenzja]

 

Szóstego maja odbędzie się premiera wspólnej płyty slamera Grzegorza „Estragona” Bruszewskiego oraz duetu producenckiego Palmer Eldritch. „Olbrzym” to kolejny –  po „Działach zabranych” Wojtka Cichonia – Skwerowy materiał ze spoken wordem, dlatego nie sposób nie porównywać tych dwóch albumów.

Szalenie różni się czysty, spokojny głos Estragona od naładowanego emocjami wokalu Kidda. O ile ten drugi często wypluwał słowa z prędkością AK-47, przez co często wersy zlewały się w wieloliterowe, kompletnie niezrozumiałe wyrazy, o tyle głos Grzegorza Bruszewskiego jest praktycznie pozbawiony emocji. Tylko niekiedy pozwala on sobie na niewielkie odstępstwa od swojego sterylnego wręcz stylu, zmieniając tempo wypowiadanych zdań. Początkowo dość ciężko do tego przywyknąć, później dzięki temu skupiamy się wyłącznie na przekazywanej nam treści.

A w tekstach znajdziemy wiele… zwierząt. Zaczyna się najbanalniejszym z możliwych porównaniem ludzi do mrówek podczas patrzenia na nich z wysokości. Tracklista zawiera utwory takie jak „Galapagos”, „Bzzz”, gdzie znajduje się wzmianka o pszczołach, szykujących się na pszczeli shoah oraz „Ćma pawica”. Naturalnie Estragon nie jest Krystyną Czubówną i nie opowiada nam na „Olbrzymie” o faunie. Poszczególne gatunki są symbolami (np. ćma pawica przedstawia śmierć) tudzież obrazują ludzkie zachowania (ludzie chodzący w pozornym bezładzie jak mrówki). Najciekawiej wygląda utwór „Potencjalnie”, gdzie Estragon w swoją niezwykle plastyczną i oddziałującą na zmysły opowieść wprowadza dość specyficzny związek Jacksona Pollocka i Helen Keller. Zresztą pozostałe teksty pełne ciekawych porównań czy też błyskotliwych spostrzeżeń (wiecie, że jeżeli firmy nie kłamią, to jeszcze tylko trzy razy w życiu będziecie wymieniać energooszczędne żarówki?) również pobudzają wyobraźnię, co jest niebywałym atutem slamera.

Palmerzy są stonowani i spokojni. Już dawno zapomnieli o hip-hopie, a ich elektroniczna muzyka jest tylko tłem. Chociaż Raph i digan swoją drugoplanową rolę, mającą na celu uwydatnienie słów Estragona, wykonali niezwykle dobrze, to brakuje większego zaakcentowania ich obecności. Owszem, mają kilkunastusekundowe miejsca na popisy, ale to stanowczo za mało. Tylko pod koniec rozpoczynającego epkę utworu „To oślepiające nieobecne światło” pozwalają sobie na niewielki odlot i aż szkoda, że takich momentów nie ma więcej. Wracając do „Dział zabranych” to wydaje się, że odpowiedzialny tamże za muzykę Goldi pozwalał sobie na więcej.

Stawianie znaków nierówności miedzy tym materiałem a dziełem Wojtka Cichonia wydaje się być bezcelowe, bo oba pozwalają otworzyć oczy nieco szerzej. Entuzjaści spoken wordu i poezji na pewno będą zadowoleni, bo „Olbrzym” to kolejny przemyślany i dopracowany projekt z tego gatunku, który jest następną cegiełką wypełniającą niszę, do której zagląda niestety tylko garstka osób.

Mateusz Osiak

Dobry ze mnie chłopak, żaden odmieniec.