Gościnnie: Bez chemii – B.O.K „Labirynt Babel”

BOKlabi

BOKi w październiku 2014 wydały najgorszy album w swojej karierze. Śmieszna sprawa, że i tak macha z dziesiątego piętra do pozostałych polskich krążków z tamtego roku wstydliwie okupujących parter.

Jako że niniejszą recenzję piszę z perspektywy czasu, skupię się głównie na tym, co w „Labiryncie Babel” mi się nie podoba. Otóż B.O.K przestał być bandem. Kiedy tytułowali się jako BiszOerKay, a każdy z nich miał duży wpływ na każdy utwór, mieliśmy jeszcze do czynienia z zespołem. Dołączenie do składu DJ-a Paulo było logicznym rozwinięciem formuły. Teraz natomiast powinni się przechrzcić na, nie wiem, „Bisz i Muzycy”, albo coś. To już nie jest band – to projekt Bisza, któremu przygrywa stado nikogo nie obchodzących no name’ów, a w tle lecą scratche ze Stasiaka z drugiego 2cztery7. Zresztą autor „Wilka chodnikowego” nawet w ostatnim wideo u Rawicza nazywa siebie „frontmanem”, co parę lat temu – przy debiutowaniu – nie przeszło mu przez myśl (wywiad na Bydgoskim Hip Hopie, przypominam).

„Labirynt Babel” kręci się wokół zarzutów stawianych całej ludzkości z perspektywy „przyszedłem se, jestem najmądrzejszy i umiem najlepiej”. Wyzysk korporacji, gloryfikacja fałszywych image’ów, skłonność do przesady – na napiętnowanie tego wszystkiego znalazło się tu miejsce. Do tego mamy jeszcze kolejny manifest umiłowania wolności (serio? Ile można? Bisz kiedyś nagrał płytę bez tego tematu?), nazywanie się bogiem, pojedynczy wątek autobiograficzny i odwołania do mitologii. I wiecie co? Rzygać się od tej górnolotności chce. Jak wyszedł „Wilk Chodnikowy” to narzekałem na pretensjonalną „Carrie” i przehajpowane „Zawleczki, nakrętki, kapsle”, a teraz chcę tamtego Bisza z powrotem. Wydawało mi się, że już wtedy odlatuje za bardzo w kierunku Wysokiej Kultury, takiej przez wielkie „Ą” i „Ę”, ale cóż, jak widać da się jeszcze wyżej. Gwoli ścisłości – treść utworów i ich wydźwięk to jedyne, co mam do zarzucenia Biszowi: raperem wciąż jest świetnym, dykcję poprawił, przyspieszenia opanował, potrafi zaskoczyć ciekawą konstrukcją czy emisją głosu.

Ten wybitnie oskarżycielski i obrażony na wszystko rap ląduje na odpowiednich podkładach – warstwa muzyczna jest ciężka, duszna, przepełniona w pierwszej kolejności gitarami i masywnymi talerzami, dopiero później całą resztą. Jest w tym coś z trip hopu, jest też z rozgrzanego przez pustynne słońce southernu, zwłaszcza w warstwie brzmieniowej. Aranżacje są bogate, pomysłowe – chórek Kaya w „Widziałem”, gitara w „Brzytwie Ockhama”, perka w „Legionie głosów”, refren w „Mindfuck” – to wszystko elementy przemyślane, na swoich miejscach i stanowiące o jakości płyty.

Zgadzam się, że takie albumy są potrzebne – ale może niekoniecznie ekipom, których główną siłą kiedyś było dopasowanie i niesamowita chemia między członkami. Tak, wiem, że narzekam jak stetryczały dziad, ale co poradzę. A byliście w ogóle na jakimś koncercie B.O.K? Mam nadzieję, że ten w warszawskiej Proximie był wyjątkiem pod względem brzmienia, bo słyszałem tam tylko wokal i haty. Żadnych gitar, skrzypiec, klawiszy, chórków, podbić w wykonaniu Oera i Kaya, nawet scratchy nie. Tylko Bisz. Bisz solo.

Autorem tekstu jest Marcin Półtorak – odpowiedzialny za korektę większości postów na tym blogu, autor bloga enoide.blogspot.com oraz współpracownik Popkillera.

Jeżeli podoba Ci się to, co piszę i chcesz mi pomóc w utrzymaniu serwera, a przy okazji masz zamiar kupić sobie jakąś płytę – zrób to z mojego linku. Jak nie kupujesz płyt – dołącz do fanpage’a strony.

KUP PŁYTY Z PODZIEMIA I MAINSTREAMU NA PREORDER.PL

Mateusz Osiak

Dobry ze mnie chłopak, żaden odmieniec.