Hip-hop instrumental – Nitro Beatz „Kalejdoskop”

niitro
Moda na tworzenie producenckich płyt trwa w najlepsze zarówno w maistreamie, jak i podziemiu. Kolejny beatmaker podejmujący się tego wyzwania to Nitro Beatz. Czy nieznany szerzej producent związany z Vibe2NES udźwignął ciężar własnego albumu?

„Kalejdoskop” wydawał się dość odważną próbą. Chociaż Nitro mogliśmy poznać dzięki solidnym kooperacjom z Junesem, Łozem czy Ks. Kubą Bartczakiem, pełnoprawny album to zawsze coś więcej niż pojedyncze podkłady rzucane różnym raperom. O ile w tym pierwszym przypadku można trzymać się zbliżonych patentów, to longplay wymaga większego nakładu pracy, lepszego warsztatu i kreatywności, a producent ze Słupska znany był raczej z samplowanych, zapętlonych na szesnaście wersów podkładów. I niewiele się zmieniło.

Problemem warstwy muzycznej „Kalejdoskopu” jest to, że podobne bity można znaleźć wpisując na YouTube frazę: „Hip-hop instrumental”. Jednak zamiast być na równi z produkcjami Mr. Greena czy freestyle’owymi klasykami – leżą raczej obok tysięcy robionych w godzinę podkładów. Nie tyle, że są wybitnie złe – trzymają solidny poziom, ale bije z nich prostota. Najgorzej wypada to w instrumentalnych kawałkach na „Kalejdoskopie”, których większość opiera się na prostych próbkach, samplowanym wokalu/stękaniu, a do tego dochodzi instrument (np. klasyczne w takich podkładach skrzypce) i skrecze. Na pewno te podkłady nie brzmią jak opowiadanie przez twórcę historii ani dobra wizytówka swojego warsztatu, raczej jak zwykły, niezagospodarowany przez nikogo bit, zrobiony przez producenta-świeżaka. „To have nothing” byłby w stanie zrobić każdy po obejrzeniu tutoriala do FL-a. I tak niestety jest przez cały krążek: bez polotu, rzemieślniczo, prosto, bez inwencji. Muzycznie w głowie nie zostaje nic. Jak na ironię w bonusowym kawałku z Green Grenade’em – jedynym mocno odskakującym w newschool – Xavier rapuje: „Nie siedzę w ’90, bo to nie moje marzenie”. Brzmi to jak kpina z tego krążka.

A Nitro przecież potrafi robić dobre bity. Świadczy o tym otwierający płytę numer „Kalejdoskop” czy „Dupy z Fejsa” – tam ta prostota jest zaletą, buja, więcej w niej jaj. Nawet pozostając w samplach – a to oczywiście nic złego – dało się z tej warstwy muzycznej wyciągnąć zdecydowanie więcej i urozmaicić ten krążek. Wyszło, niestety, bardzo przeciętnie.

Bitów nie ratują MCs. Dobrze trzymają się tylko kawałki o kobietach: zaczyna VNM ciekawym storytellingiem o problemach kobiety ze znalezieniem odpowiedniego faceta, następnie mamy TMK aka Piekielnego naśmiewającego się z „Dup z Fejsa” i nieco bardziej przyziemnego Kamela w „Girls, girls, girls”. Poza nimi trudno znaleźć ciekawsze momenty. Rover dosadnie przestawił chorobę Alzheimera, ale – nomen omen – zapomniał o flow, zaraz po nim wchodzi też przeciętna zwrotka Ensona. Jak zwykle solidnie prezentuje się PeeRZet, jednak chwilę później Eripe odkrywa, że „kurwa” rymuje się do „gówna” i „studia”. Tak jest przez całą długość płyty: nieliczne pozytywne momenty szybko zalewa masa odgrzewanych wersów, przeciętnego flow i średniej charyzmy.

Niespójny „Kalejdoskop” trudno wliczać w poczet godnych polecenia albumów, nawet nakładając pryzmat podziemia. Niedosyt, rozczarowanie i ze trzy numery na playliście – tyle zostaje po kilku odsłuchach tego krążka. Nitro zdecydowanie za wcześnie porwał się na producencki krążek, a ten dość szybko odejdzie w zapomnienie. Oby następnym razem było lepiej i dojrzalej.

Jeżeli podoba Ci się to, co piszę i chcesz mi pomóc w utrzymaniu serwera, a przy okazji masz zamiar kupić sobie jakąś płytę – zrób to z mojego linku. Jak nie kupujesz płyt – dołącz do fanpage’a strony.

KUP PŁYTY Z PODZIEMIA I MAINSTREAMU NA PREORDER.PL

Mateusz Osiak

Dobry ze mnie chłopak, żaden odmieniec.