Holenderska bomba – Dope D.O.D. „Master Xploder”

Jak usłyszałem ich po raz pierwszy, myślałem, że to jakiś nowojorski zespół z lat ’90 poszedł z duchem czasu i zaczął nagrywać ten sam brud tylko pod elektroniczne podkłady. Jednak oni pochodzą niewielkiego holenderskiego miasta Groningen, działają od 2006 roku, a atencję świata zdobyli sześć lat później hitem „What Happened”.

„Master Xploder” to trzeci album zespołu Dope D.O.D., który obok Kontrafaktu bywa nazywany najlepszym europejskim hip-hopowym zespołem – szczególnie pod nieobecność grupy Looptroop. Dlaczego? Bo ich przepełnione potężnymi bębnami, mocnym bassem numery zachęciłyby do zrobienia ściany śmierci pod sceną nawet najgrzeczniejszych chłopców w równo wyprasowanych koszulach. We wstępie przywołałem Nowy Jork, jednak to nie do końca trafne porównanie, bo z Boogie Down Productions, Public Enemy czy Onyx mają wspólne jedynie to, że nie pieszczą się w tekstach. Za to u Dope’ów – jak sama nazwa wskazuje – klimat jest zdecydowanie bardziej ćpuński. Producentowi grupy, Peterowi Songolo, bliżej do brytyjskiego grime’u i dupstepu, dlatego te koncertowe wymiatacze pełne są elektroniki, dzięki której pod sceną nie machamy jednostajnie rękami, a skaczemy jak przy pogo, depcząc sobie stopy i drzemy japy razem z raperami.

A za mikrofonami stoją Jay Reaper, Skits Vicious i Dopey Rotten – trzech charakternych, bezczelnych, aroganckich typów, których lepiej nie spotkać w ciemnym zaułku. No, chyba że szukasz porady, jak ogarnąć dziewczyny na imprezy, gdzie alkohol zalewa stoły pełne narkotyków i co później z nimi zrobić (i z dziewczynami, i z narkotykami). Co jeden, to lepszy – Skits zmienia MCs w gulasz, Jay nie waha się przed zaczepianiem Jaya Z, a Dopey ma ogród na cmentarzu; wszyscy razem nie chcą żadnego słodzenia i klepania po plecach, tylko rzucić nas na kolana swoim rapem. A nawijać potrafią – czy rzucając mocne, pojedyncze wersy, czy ścigając się na podkładach. Do tego pasują do siebie idealnie: mają podobne osobowości i stylówki, ale każdy wkłada w to swój pierwiastek, czy to nawijki, czy składania wersów.

Kraj tulipanów? Chyba zbrukanych krwią po kolejnej mocno zakrapianej imprezie. Jeżeli chcecie usłyszeć, jak wygląda to z bliska, to dajcie porwać się tej zwariowanej piątce z Holandii, a oni na pewno dostarczą Wam wrażeń. Na koncert nie ważcie się iść bez glanów. No i trzeźwym wstęp wzbroniony.

Za egzemplarz podziękowania dla Fandango – polskiego wydawcy „Master Xploder”:

Mateusz Osiak

Dobry ze mnie chłopak, żaden odmieniec.