Jak Egotrue rozkminiać? – Egotrue „Definicja Ego”

DefinicjaEgo

Jeszcze nigdy tak długo nie zabierałem się do zrecenzowania jakiegoś krążka. „Definicję Ego” otrzymałem krótko po jej premierze, która miała miejsce 14 maja. Jest koniec sierpnia i, prawdę mówiąc, dalej nie wiem, czy jestem gotowy na ocenę albumu Emesa i Zena.

Pierwsze odsłuchy nowej płyty zespołu Egotrue były męczące. W głowie nie zostawała ani jedna linijka, cała sfera muzyczna zlewała się w jeden, długi nudnawy bit. Większą radość sprawiłaby mi pewnie zabawa tym krążkiem we frisbee, niż wkładanie jej w odtwarzacz. Jednak dałem kolejną szansę, tym razem kompletnie poświęcając się „Definicji Ego”, czego brakowało w poprzednich próbach. I wrażania miałem już całkiem odmienne.

Uderzyła mnie mnogość dźwięków, którą za pierwszym razem zupełnie pominąłem. Zacząłem dostrzegać, że w każdym podkładzie – czy to stworzonym przez Heisenberg’s Montage, Szatta, Emesa czy innych – muzyki należy szukać nieco głębiej. Do „eksperymentów” w polskim rapie już zdążyliśmy się przyzwyczaić, tyle że „Definicja Ego” wyszła jeszcze kilka kroków naprzód. Tej mrocznej elektronice bliżej do ambientu, który już taki lekki i przystępny nie jest. Cała produkcja została też genialnie dopracowana – nie ma niepotrzebnych dźwięków, wszystko zdaje się być przemyślane, dopieszczone. Żywe instrumenty – a mamy skrzypce, gitarę, trąbkę i saksofon tenorowy – nie krzyczą do nas: „Ej, mam na płycie muzyków, słuchaj!!!”, tylko są doskonale wplecione w podkłady. Wiele uwagi poświęcono też kompozycji poszczególnych kawałków, czego w rodzimym hip-hopie doświadczamy wciąż rzadko. Równie dobrze wypadło postawienie na śpiewane (a nie „podśpiewywane”) refreny – tutaj Emes wychodzi na jednego z najlepszych wokalistów wśród raperów.

Za to z samą nawijką u MCs z Egotrue mam problem. Z jednej strony widać, że tę muzyczną pomysłowość próbują przenieść w raperską część płyty i starają się nie być MCs podobnymi do innych. Z drugiej z pewnością brakuje im charyzmy oraz zdolności do pisania wbijających się w głowę tekstów. Definiują siebie przez cały krążek, ale robią to w taki sposób, że trudno ich jasno scharakteryzować. Po części dlatego, że to złożone osobowości, po części dlatego, że nie umieją nas zaciekawić. Próbują iść w kompletnie nieznaną dla naszego rapu stronę, ale zbyt często oglądają się za siebie, jakby nieco bojąc się odskoczyć jeszcze dalej.

W wywiadzie udzielonym Kubie Stemplowskiemu raperzy z Egotrue mówili, że długo siedzą  nam utworami, szlifując je z każdej strony aż nie będą w pełni zadowoleni. Wtedy z dumą prezentują te kawałki publiczności, która przyjmuje je jednak bez spodziewanych zachwytów. Wiele w tym prawdy. Widać, jak bardzo Emes i Zen byli zaangażowani w ten projekt i ile serca w niego włożyli. Jednakże idąc w tak niepopularnym kierunku, nie mogą oczekiwać wielu braw czy być może nawet zwykłego zrozumienia ich jazd. Szczególnie że ich rapu nie włączy się na imprezie, raczej nie włoży się w samochodowy odtwarzacz czy nie posłucha się w tle. Trzeba się wsłuchać, by usłyszeć kunszt tej muzyki. A jeżeli kogoś nie przekonają pierwsze odsłuchy, to mogą nie poświęcić jej wystarczająco wiele czasu.

Po początkowych trudnych przejściach z „Definicją Ego”, zacząłem ją naprawdę doceniać. Mimo że to muzyka nie do końca w moim guście i zabrakło mi przede wszystkim silnych osobowości za mikrofonem, to w przyszłości będę miał na nich oko. Tytuł płyty aż się prosi o zdefiniowanie, czym jest Egotrue. Dla mnie to niebywale ambitny i ciekawy zespół, którego czas być może nadejdzie, ale jak na razie zostaną oni w swojej niszy, docenieni jedynie przez nielicznych, ale za to wiernych i oddanych fanów. I mam nadzieję, że mimo wszystko pozostaną sobą.

Za egzemplarz podziękowania dla:

 

Fandango

Mateusz Osiak

Dobry ze mnie chłopak, żaden odmieniec.