Jedyny zaskoczony? – Włodi „Wszystko z dymem”

Włodi

 

Na nowy krążek Włodiego czekali wszyscy. Wszyscy też zapowiadali, że będzie to płyta roku. Hajp pompowały wszystkie zapowiedzi, a ja przechodziłem zupełnie obok tego. Jak to się stało, że „Wszystko z dymem” mnie zaskoczyło, skoro chyba każdy wiedział, że to będzie co najmniej dobra płyta?

Nigdy nie byłem fanem Molesty. Moi znajomi również. Może to efekt tego, że mieszkaliśmy z dala od miasta i jakichkolwiek bloków, ale nikt nigdy nie polecał mi „Skandalu”. Prawdę mówiąc, Molesta była wielką białą plamą w mojej znajomości polskiego rapu chyba aż do 2006 roku, kiedy wyszło „Nigdy nie mów nigdy”. „Skandal” od deski do deski przesłuchałem długo później. Owszem, wcześniej znałem pojedyncze kawałki, bo trudno było nie słyszeć „Się żyje”, „Xeroboja” czy „28.09.1997”, które przewijały się gdzieś na domowych składankach, ale te numery nigdy nie zajarały mnie na tyle, by sięgnąć po więcej. Zresztą, co ja bym zrozumiał z tej „gry w zielone” czy warszawskiego slangu.

Po latach „Skandal” oczywiście doceniłem, ale to już nie było to uderzenie, jakie powinienem otrzymać wcześniej. Dlatego też nie śledziłem zbytnio losów członków zespołu, a np. „Autentyki” w całości poznałem przygotowując się do „Dekady wstecz”. Jedynie Włodiego kojarzyłem lepiej i znałem z pierwszej solówki, mimo tego w moim panteonie raperów nigdy nie był. To właśnie dlatego „Wszystko z dymem” jest dla mnie liściem na odmułkę.

Ten coming out był potrzebny, żebyście wiedzieli, że „Wszystko z dymem” wkładałem w odtwarzacz bez żadnych oczekiwań, że nie do końca rozumiałem ten – oczywiście jak najbardziej zasłużony – status legendy Włodiego, no, może byłem trochę przerażony, że 38-letni facet zbyt wiele miejsca poświecił marihuanie. Jednak już pierwszy numer mi się spodobał. Mniejsza już o ten średniawy bit Evidence’a czy niepotrzebny hashtag z rentgenem – z CDka przemówił do mnie dojrzały koleś, z głową na karku i pewnością siebie, a zarazem wciąż pełen pokory. Następny numer przypomniał, dlaczego wspólna płyta Molesty jest tak wyczekiwana. „1996” to nie zwykły kawałek o przeszłości – to opowieść o tym, jak rodził się polski hip-hop, w którym proste czynności – jak czyszczenie butów, gubienie walkman czy  siedzenie na swojej miejscówce – tworzą mistyczny klimat. A dopełnia tego ten charakterystyczny dla Returnersów podkład i choć niektórzy zżymają się, że brzmi jak sprzed pięciu lat, to przecież pasuje idealnie do tego utworu.

Włodi ma niezwykłą zdolność do tworzenia plastycznych obrazów. Czy opowiada o własnej, tajnej szklarni z marihuaną czy wchodzi na dach wieżowca dając w łapę cieciowi – jesteśmy tuż obok niego, śledząc te poczynania i tworząc w głowie osobiste teledyski. Podobnie jest z kawałkiem „W drodze po towar”, który wydaje się banalnym, wielokrotnie wykorzystanym patentem, a ten narratorski sznyt Włodiego dodaje tej historii wielu kolorów.

Na „Wszystko z dymem” pełno także mocnych, wbijających się w głowę linijek czy dwuwersów. Ktoś inny pewnie zrobiłby z nich całą kolekcję tekstyliów z nadrukami, ale Włodi stoi w opozycji do obnoszenia się z logami nazywając to „stemplowaniem bydła”, jednak: „To nie to, że nie chcę, że sram na product placement / Ale w tych zawodach to ja mam trzymać lejce”. Wiele na tej płycie takiego trzeźwego podejścia do życia, przekonania, że triumf przyjdzie dopiero po włożonym trudzie. Znalazło się też kilka subtelnie wymierzonych policzków młodszym raperom czy generalnie szpanerom, typom roznoszącym plotki czy ludziom za bardzo wczutym w internetową rzeczywistość.

Świetną pracą na tym albumie wykonał także odpowiedzialny za większość bitów DJ B, bez którego nie byłoby tak mrocznie i duszno. Słychać, że spędzili z Włodim sporo czasu na dopracowywanie tych bitów, tak by oddawały klimat tekstów, co widać szczególnie w numerze „W słońcu”. Chociaż, by nie przesadzać z tym mrokiem – taki „Proces spalania” z przedobrym refrenem Dannego to niezły banger, a bit do „W drodze po towar” brzmi całkiem słonecznie. Jeżeli chodzi o featy – Małpa narobił smaku na płytę i miło słyszeć go w lepszej formie. Mielzky z Weną przemykają gdzieś niezauważeni i zdecydowanie w tle historii Włodka o wieżowcu.

Mimo zapewnień wielu ludzi, że to będzie doskonała płyta, jestem zaskoczony. „Wszystko z dymem” to zdecydowana czołówka roku, co osobiście uważam za spore zaskoczenie. Oczywiście jestem w tym odosobniony, bo reszta albo to przewidziała, albo ich wygórowane oczekiwania nie zostały spełnione. Dla mnie to także wiadomość, że czas powtórzyć materiał Molesty i jej członków i być może na nowo odkryć tę klasyczną, warszawską grupę.

 

 

Mateusz Osiak

Dobry ze mnie chłopak, żaden odmieniec.