Kolorowe życie pana redaktora – Wojciech Mann „RockMann”

wojciechmann„Wojciech Mann wielkim dziennikarzem był” – jestem pewien, że takimi słowami będą nauczane nasze wnuki. Naturalnie nie będzie chodziło jedynie o nieprzeciętne rozmiary pana redaktora, ale o olbrzymią muzyczną – i nie tylko! – wiedzę.

Kiedy Wojciech Mann łapie za mikrofon, to wiedz, że stać może się wszystko: rozśmieszy nas do łez ciętym komentarzem, opowie nam niecodzienną anegdotę ze swojego życia, mocno skrytykuje piosenkę, którą zaprezentuje współprowadzący, przeklnie albo włączy koty miauczące „Cichą noc”. Redaktor Mann to nietuzinkowa, niezwykle kreatywna postać. Uwielbiam słuchać jego audycji i nawet jeżeli opowiada o metalu, którego nie znoszę, to ciekawi mnie jego zdanie. Wiele znajomości w branży, tysiące płyt na półkach, setki poznanych artystów – sama melomańska strona jego kariery budzi podziw. Gdy dodamy do tego występy w przeróżnych programach telewizyjnych, to oczywisty staje się fakt, że jego biografia musi być strzałem w dziesiątkę. Ale „RockMannowi” daleko do środka tarczy.

„RockMann, czyli jak nie zostałem saksofonistą” to krótka książeczka z wieloma historiami z życia pana Wojciecha. Mamy próby pierwszego zdobywania płyt, nielegalny fanklub muzyczny, początki działalności w branży i zakrapiane alkoholem imprezy ze słynnymi zagranicznymi artystami. Jest czego pozazdrościć, w tym szczególnie wspólnego śpiewania ze Stevie Wonderem. Problem w tym, że nic więcej ta książka nie zawiera. Żadnych prywatnych wyznań, żadnego głębszego dna, żadnych trudności, jakie musiał redaktor Mann pokonać, by zdobyć swoją pozycję. „RockMann” to zbiór krótkich anegdot, które co prawda bawią i ciekawią, ale zostaje po nich pustka. Te opowiastki przetkane są – niby też interesującymi, ale jednak tylko wypełniającymi miejsce – rankingami typu: „5 najgorszych tekstów piosenek”, „5 koncertów, na jakich chciałbym być”. Tu hip-hopowy akcent: w najgorszych tekstach mamy Kaję Paschalską i Funky Filona oraz wykonawcę (sic!) Verba.

Tę ładnie wydaną i zawierającą wiele zdjęć książkę, można przeczytać w dwa wieczory. I w dwa kolejne zapomnieć. Ot, Wojciech Mann ma życie usłane różami i niemalże każdy sukces przychodzi mu bez większego wysiłku. Nie przechodzi kryzysów, nie jest zmuszany do wyrzeczeń i wszystko akceptuje z typowym dla siebie poczuciem humoru. Jeżeli tak jest – to bardzo się cieszę, ale to nie jest materiał na dobrą biografię.

Jeżeli podoba Ci się to, co piszę i chcesz mi pomóc w utrzymaniu serwera, a przy okazji masz zamiar kupić sobie jakąś płytę – zrób to z mojego linku. Jak nie kupujesz płyt – dołącz do fanpage’a strony.

KUP PŁYTY Z PODZIEMIA I MAINSTREAMU NA PREORDER.PL

Mateusz Osiak

Dobry ze mnie chłopak, żaden odmieniec.

  • Akurat czego jak czego, ale od Wojciecha Manna nie spodziewam się krwi, potu, spermy i łez, a właśnie dobrych żarcików. To taka śmieszkowata książka, moim zdaniem bardzo dobra. Bez głębi, bo jej nie musiało tu być. :)