Lepsza zła droga – Miuosh „Pan z Katowic”

Miuosh - PZK - Poster

Miuosh poszedł drogą, którą kilku polskich MC już przebyło. Od propsów i widzenia w nim ogromnego potencjału, do powodzi hejtingu oraz zyskania statusu persona non grata.


Jedni nie pamiętają, inni nie chcą pamiętać, ale swego czasu Miuosh był znany i lubiany. Po docenionym w podziemiu „Pogrzebie” i udanym debiucie „Piąta strona świata”, na którym udzieliła się nawet legenda śląskiego jazzu Jan „Kyks” Skrzek, katowicki raper wyglądał na kogoś, kto jest w stanie wstrząsnąć rap sceną. Niestety, dość wtórne „Prosto przed siebie” i nagrane wspólnie z Onarem „Nowe światło” nie tylko strąciły go z piedestału, ale także dokleiły mu łatkę MC, który dla pieniędzy zrobi wszystko. Niewątpliwy wpływ na jego wizerunek miał też charakter Miuosha, który niejednokrotnie atakował hejterów, wygłaszał skrajne opinie i wplątywał się w facebookowe przepychanki, a te przecież nikomu jeszcze nie wyszły na dobre. „Miuosh jest obecnie w nietypowej sytuacji”. – pisze Paweł w konkursowym komentarzu – „Ma rzeszę fanów, jego płyta po debiucie znajduje się na szczycie OLiSu, dużo o nim się mówi… a jednak kolorowo nie jest, głównie w internecie na profilach jego <<przeciwników>>”.  Ta fala ataków czasami przyćmiewa jego rzeczywiste dokonania i umiejętności, czego dowodem są ostre wypowiedzi na temat rapu Miuosha. „Na szczęście wrzucając płytę na odsłuch nie oglądam go, a słucham, więc to drugie powinno podlegać ocenie” – dodaje Paweł. Zatem na tym się skupmy.

Miuosh przed nagraniem nowego materiału miał dwie możliwe drogi. Bez względu na to, którą by obrał – środowisko okrzyknęłoby, że postąpił źle. Katowicki raper mógł na przykład nagrać kolejną płytę podobną do „Piątej strony świata” i „Prosto przed siebie” – sprzedaż by się zgadzała, ale zostałby słusznie oskarżony o odcinanie kuponów. Miuosh wybrał stworzenie całkowicie odmiennego materiału, co dość logiczne i godne pochwały. Został jednak skrytykowany za ślepe podążanie za modą i, oczywiście, skok na kasę. Naturalnie znalazło się kilka ziarenek prawdy w tych oskarżeniach, ale po kolei.

„Pan z Katowic” potwierdza, że Miuoshowi nie można odmówić charakterystycznego głosu i stabilnego poruszania się po rożnych podkładach, przez co jego rap dobrze wypada na koncertach, o czym w swoim konkursowym komentarzu pisała Kamila. Na nowym materiale udowadnia, że to flow wypada też całkiem nieźle na zupełnie innych bitach. A to właśnie warstwa muzyczna zmieniła jego oblicze, bo wydaje się, że za mikrofonem dalej stoi pewny siebie Ślązak, który opowiada nam o swoim życiu.

Muzyka przetkana jest elektroniką, ale miejscami także bliska poprzednim płytom Miuosha. To prawda, że odkrywanie dubstepu w 2014 roku trąci myszką, a doświadczamy tego uczucia słuchając np. „Absyntu”, ale kilka bitów ma naprawdę fajny klimat i zmienia odbiór jego rapu. Niestety – chyba żaden z nich nie jest pozbawiony wad. Denerwują patetyczne klawisze w „Za Tobą”, spitchowane sample wokalne czy niektóre aranżacje, w których dźwięki brzmią jak gdyby włożono je tam na silę. Szkoda, że Miuosh bardziej nie wykorzystał Emesa ze swojej wytwórni, który na „Definicji Ego” pokazał spore umiejętności w dziedzinie takich podkładów i na pewno zrobiłby to z większym smakiem niż obecni tu producenci.

Problemem „Pana z Katowic” są także podejmowane przez Miuosha tematy. Mamy tu kolejne podkreślanie tego, że jest ze Śląska, mowę o tym, że rap wygląda gorszej niż kiedyś czy – co już jest totalnie oklepanym schematem – personifikowanie rapu jako kobiety. Do tego pojawiają się slogany typu: „Nienawiść mnie nakręca, kurwo”. Całkiem dobra mogłaby być „Zemsta”, w której raper odpowiada na liczne zaczepki, ale spełzło na panczach typu: „Skoro mainstream sypie się jak łupież, to czemu tępe chuje z własnym gównem wciąż są w dupie?”. Do głupich wersów zaliczyć można też: „Mam jebany staż – dwanaście lat / Ty jeszcze wtedy myliłeś chuja z głową”. Zarówno bitem, jak tekstem i nieudanymi przyspieszeniami irytuje najgorszy na płycie „Kaznodzieja”. Prawdziwą perełką tego albumu jest natomiast „Krawędź”, w której napędzony przez świetny refren Mam na imię Aleksandra (odmień lepiej) oraz całkiem zgrabnie wykorzystujący instrumenty bit Fleczera Miuosh wypada naprawdę dobrze. Niestety brakuje takich kawałków, w których nic by nie denerwowało. Brakuje także utworów niosących tę płytę. Na „Piątej stronie świata” mieliśmy „Więcej niż możesz” czy tytułowy numer, na „Prosto przed siebie” – „Róże z betonu” i „Reprezentuj”, a „Pan z Katowic” poza wspomnianą „Krawędzią” nie ma zbyt wiele do zaoferowania.

„Panu z Katowic” na pewno brakuje do debiutu Miuosha, jednak mimo wielu wad można powiedzieć, że to dobry krok w jego karierze. Jeżeli katowicki raper zwalczy swoje wygórowane ego, zaaklimatyzuje się z elektronicznymi bitami, to następnym materiałem może coś ugrać. Ten najnowszy, mimo wszystko, pozostaje średniakiem, do którego raczej nie chce się wracać, ale z drugiej strony biorąc pod uwagę sumę jej zalet i wad – wypadałoby przyznać ocenę ze środka stawki. Ewentualnie niewiele niższą.

Za egzemplarz podziękowania dla:

Fandango

Mateusz Osiak

Dobry ze mnie chłopak, żaden odmieniec.