Manifest – V.A. „Skwerbombing”

„Skwerbombing” miał być najlepszą płytą, jaka nigdy nie została wydana, a jednak – po sześciu latach czekania ludzie związani ze Skwerem, najbardziej outsiderskim rap labelem w Polsce, zdecydowali się spiąć dupy i wrzucić swoją składankę na serwery.

Jako rzecze Kidd, przywódca Skweru: „Najpierw był Skwer, potem był swag'”. To nie tylko warta lajka linijka, lecz po prostu prawda – od długich lat produkcje ze Skweru są ucieczką od tego, co serwuje polski hip-hopowy mainstream i underground. Krzyki Kidda i Faczyńskiego dochodzące z podziemia podziemia wgryzały się w serca słuchaczy, których liczba co prawda nie powalała, lecz wiernie trwali przy tym „ambeatnym” netlabelu. A przez lata istnienia wytwórnia przyciągała kolejnych hip-hopowych odrzutków znajdujących w Skwerze swój azyl.

Ostatnie zdanie poprzedniego akapitu mogłoby być pięknym, nieco patetycznym wstępem do historii o tym, jak maluteńka, lecz zdeterminowana wytwórnia zaczęła zmieniać i przejmować rodzimy hip-hop, jednak nic takiego nie miało miejsca. Choć można by się zapewne doszukać wpływu Skweru na naszą scenę, a niektórzy zapewne stawiają skwerowe produkcje wśród swoich osobistych klasyków, raczej trudno mówić o tym, że członkowie labelu odnieśli sukces – zresztą, czy kiedykolwiek w niego mierzyli? Dorosła już niemal wytwórnia wciąż trafia raczej do relatywnie wąskiego grona odbiorców, ciągle stojąc w kompletnej opozycji do tego, co dzieje się poza nią. I zdobywa jedynie uszy ludzi o podobnych poglądach.

„Skwerbombing” można nazwać ich manifestem, małym kompendium tego, co serwują zazwyczaj skwerowi artyści. Elabs Crew nienawidzą raperów, którzy nie żyją hip-hopem. Cruz nienawidzi faszystów. Zioło nienawidzi stanu swojego konta. Kidd natomiast po prostu nienawidzi ludzi. Jest jeszcze nawijający o samotności Junes, pełna brudu nawijka Jeżozwierza czy opowiadającego historię fantasy Roszję, ergo żadnych zaskoczeń. Wszyscy zebrani tutaj skwerwojownicy rapują o tym samym co zawsze. Jedni są pełni buntu, inni opowiadają swoje smutne zazwyczaj historie, kolejni follow-upują książki i filmy, ktoś rapuje o samotności i wyobcowaniu, następny rzuca punchlines. Pełna (do)wolność, jak to w Skwerze. Muzykę cechuje podobna różnorodność: na jednym końcu skali znajdziemy truskulowy do bólu kawałek Elabs Crew, na drugim – narkotyczne bity Zaspała.

Zgadzam się z Kiddem, gdy rapuje: „Pie***l płyty i po pracy weź się za czytanie książek”, ale oczy zaczynają boleć od przewracania kartek, warto sięgnąć po „Skwerbombing”. Osobiście jako stary fan Skweru uwielbiam zderzać się z ich muzyką – nie wszystkie ich poglądy podzielam, nie zawsze podoba mi się forma, w jakiej je podają, nie każdy numer umiem właściwie zinterpretować, ale samo to, że twórcy ze Skweru tak wiele wymagają ode mnie, każe mi darzyć ich szacunkiem i wracać do kolejnych produkcji.

Wciąż nie czujecie się zachęceni? To trzymajcie kilka wersów – nienawidzącego także mięsożerców – Cruza z pierwszego kawałka z tej płyty:

Co powiesz na to, żeby wśród regałów
Załóżmy, że z nabiałem albo – żeby było ciut drastyczniej
Wśród regałów z pieczywem – leżały zwłoki
Chleb jest czerwony, nasiąkł, bo nie miał folii
Klawy nieboszczyk – niepokój jego duszy – ujebał pół wypolerowanej podłogi
Ma obcięte uszy i wyrwane oczy, oczy, oczy, oczy, oczy, oczy

Mateusz Osiak

Dobry ze mnie chłopak, żaden odmieniec.