No way, the same again? – NNFOF „No Name Fuck the Fame”

NNFOF

Duet producencki z Zielonej Góry uraczył nas kolejnym materiałem. Od wydanej w 2012 roku płyty „No Name Full of Fame” niewiele się u nich zmieniło.

Dzięki krążkowi wydanemu w nieistniejącym już labelu Stay True, Siwskiemu i Tykshcie udało się zarówno podsumować swoją undergroundową działalność, jak i wybić się w rapowym światku. O producentach zaczęło być wtedy głośno, co pozwoliło na kooperacje m. in. z Pihem, Miuoshem, Chadą, HuczuHuczem czy Zeusem. Wszędzie prezentowali mniej więcej to samo: mocne tłuczenie w werble, korzystanie z wszelkiej maści sampli, w tym np. z gitary elektrycznej, czy zapraszanie DJ-ów do zostawiania na ich podkładach skreczy i cutów. Szybko pojawiły się głosy, że ich perkusja wszędzie brzmi tak samo, ale bądź co bądź wyrobili sobie jakąś markę.

Czy na kolejnej płycie producenckiej panowie, którzy w tytule krzyczą: „Fuck the fame!”, otwierają nowy rozdział swojej kariery? Niestety nie. To dalej ten sam NNFOF. Na całkiem porządnym poziomie, ponownie z wieloma samplami, wyraźną perkusją i setkami skreczy. Jednak czy to dobrze? Niekoniecznie. Całość brzmi, jak zebrane przez lata luźne kawałki poszczególnych raperów, a nie przemyślany producencki projekt. Nawet instrumentalne przerywniki wydają się bardziej niewykorzystanymi bitami niż oddzielnymi historiami. Chociaż czasami Siwsky i Tykshta popuszczają wodze fantazji, jak pod koniec „Nierówno pod sufitem”, to brakuje tu eksperymentowania, wizji i spójności. To te same, zgrane już karty.

Jeżeli chodzi o raperów, NNFOF postawili po części na tych, którzy sprawdzili się poprzednio. Jeżozwierz znowu wybija się surowością i w swoim stylu bezlitośnie rapuje: „Tutaj ludzie myślą o dwóch ślubach, kumasz? / Jeden z partnerem, drugi z bankiem, taka faza / Rozwód z pierwszym pewniejszy, taka prawda”. Oxon w „Sztormie” kolejny raz rozrywa bit swoją energią, a później w numerze z Revo pokazują swoje skillsy rymując dosłownie wszystko ze wszystkim. Pojawiły się też nowe postaci. LaikIke1 ponownie udowadnia, jakim dobrym potrafi być narratorem i choć puenta jego historii raczej rozczarowuje, to jego wyraźne obrazy zostają w głowie. Bardzo przekonująco wypada stylowy Otsochodzi, a nie zawodzi również duet Bonson i Green, którzy jak zwykle nie zeszli poniżej swojego poziomu.

Najbardziej zawiódł natomiast Sarius, zupełnie nieodnajdujący się na bicie NNFOFów. RakRaczej, Hukos z Cirą czy dość zaskakujący duet Junes/Pih też nie przyciągają na dłużej. Zostawili kawałki na swoim poziomie, ale… to już po prostu było. Podobnie jest z Emasem, Erkingiem i Stillo, którzy dalej mają w zanadrzu pełen wachlarz ulicznych historii, ale żeby wracać do nich więcej niż raz? Można też zarzucać pewne braki Justynie Kuśmierczyk, ale swoją piosenką udało się jej przynajmniej trochę odmienić klimat płyty, jak również zatarła po sobie złe wrażenie z „Zeus. Jest super”.

Choć „No Name Fuck the Fame” zawiera kilka naprawdę porządnych utworów, a niektórzy młodzi raperzy, jak wspomniany Otsochodzi czy JNR, rozbudzili apetyty przed swoimi solówkami, to nie ma tu elementu zaskoczenia, zarówno od strony muzycznej, jak i wokalnej. Ta płyta wypada świetnie na papierze, ale brakuje jej reżysera, który stworzyłby z niej bardziej wciągającą historię, przez co już przy pierwszym odsłuchu materiał brzmi, jakby był stary. Uczucie, że „to już było” przewija się przez całą jej długość, a nie o to przecież chodzi w producenckich krążkach.

Jeżeli podoba Ci się to, co piszę i chcesz mi pomóc w utrzymaniu serwera, a przy okazji masz zamiar kupić sobie jakąś płytę – zrób to z mojego linku. Jak nie kupujesz płyt – dołącz do fanpage’a strony.

Mateusz Osiak

Dobry ze mnie chłopak, żaden odmieniec.