Perpetuum mobile – Taco Hemingway „Wosk”

WOSK

Pojawił się znikąd i zdobył scenę. Potem wyskoczył z „Umową o dzieło” i ugruntował sobie nie niej pozycję. Teraz wypuścił „Wosk” i dalej nie przestaje zadziwiać.

Taco Hemingway dalej kroczy drogą zdobywania popularności poprzez swoją niekomercyjność. Praktycznie nie udziela wywiadów, nie spamuje postami w portalach społecznościowych, nie informuje też co chwila o nadchodzących płytach czy projektów. „Wosk” się po prostu pojawił. I podbił internet.

Niewielu może pozwalać sobie na takie ruchy. W dobie gonienia za wyświetleniami kręci się trailery klipów, wysyła się newslettery, prosi się fanów o udostępnianie informacji, organizuje się konkursy, obwieszcza się zaproszenia kolejnych gości – dobrze to znacie, bo pewnie niejednokrotnie ten szum informacyjny was irytował. Taco o to nie zabiega, jego fani bez żadnych zachęt w błyskawicznym tempie podają informacje dalej. To napędza się samo, jak perpetuum mobile.

Ta metoda Taco powoduje, że odsłuchiwanie jego materiałów to pewien rytuał. Pojawia się informacja o premierze, klikamy w link do ściągnięcia płyty, pobieramy ją zazwyczaj dość długo, bo serwery nie wytrzymują natężenia wejść, a potem słuchamy. Dokładnie, starając się szybko wyłapać smaczki i podzielić się nimi w sieci. Dziewicze odsłuchy „Wosku” były prawdziwym wyścigiem na to, kto pierwszy znajdzie najlepszy wers, kto pochwali producenta za bit, kto znajdzie na tej płycie Dawida Podsiadło, kto zacznie kręcić bekę z Arsenalu, kto oświadczy, że ten czy tamten kawałek zasługuje na największe pochwały. Sam w tym uczestniczyłem i „streamowałem” płytę na Twitterze. I pewnie gdyby pojawił się kolejny materiał Taco to też wziąłbym udział w tym owczym pędzie i czerpałbym z tego przyjemność.

„Wosk” nie jest idealnym krążkiem. Hemingway, co prawda, ograniczył ilość linijek-potworków („Pieczywo ciemniejsze niż prezydent Obama”) i dalej potrafi zachwycić błyskotliwymi wersami („Jestem głosem pokolenia, które nie ma nic do powiedzenia / Mimo to relacjonuje wszystko, wszystkie posiedzenia”), ale bywają momenty, kiedy na bitach porusza się niezbyt pewnie i wciąż szuka pomysłu na to, jak rozwinąć tę swoją melorecytację. Mimo tych stricte raperskich braków, jakie można mu wytykać, czyli jednostajnego flow albo złożeniu rymów, które są technicznie dobre, ale momentami odrzucają swoją prostotą, jestem wielkim fanem liryki Taco. Jego niechęć do mainstreamu, jego słowa o pieniądzach, jego opisy stosunków damsko-męskich, rozprawy o szczerości, neologizmy, nawiązania, specyficzny humor – nawet jeśli nie zgadzam się z treścią, to kupuję formę, w jakiej Taco to podaje i zupełnie nie przeszkadzają mi wspomniane niedociągnięcia.

Cieszę się też, że Borucci dostał więcej miejsca niż na „Umowie o dzieło”. Samym „Wiatrem” przepędził mroczne chmury zbierające się nad „Woskiem”. Ten letni bit z piszczałką zupełnie kontrastuje z resztą, której nastrój dobrze obrazuje okładka tej płyty. Można mieć jednak pretensje do Borucciego za zbytnie naśladowanie muzyki znanej z płyt Drake’a, co jest szczególnie widzialne w „515”. Rumak także potwierdza, że producentem jest nie byle jakim i podoba mi się, jak łączy dźwięki instrumentów z tą elektroniczną duchotą.

Ludzi powoli zaczyna męczyć już sława Taco, tak jak innych „wyskakujących z lodówki” artystów, i coraz częściej bywa tu i ówdzie podszczypywany. Z tym, że akurat autor „Wosku” raczej nie ma wpływu na swoją popularność. Gość dalej wydaje, zwiększa fanbase, jest słuchany przez całe muzyczne środowisko, co udało się tylko garstce hip-hopowców. „Wosk” to kolejny porządny projekt, niepozbawiony wad, ale nie można mu za wiele zarzucić. Żeby zasiać na koniec nutkę zwątpienia należy jednak zadać pytania: Jak długo Taco jest w stanie przyciągać ludzi tym gadanym flow i czy nie wypadałoby w końcu popracować nad rozwinięciem raperskiego warsztatu?

Mateusz Osiak

Dobry ze mnie chłopak, żaden odmieniec.