Płyta wysysająca energię – Małpa x Mielzky x The Returners „Rottenberg”

Gdyby informacja o tej płycie pojawiła się 7 lat temu, byłbym zachwycony. Teraz nie wzbudziła we mnie większych emocji. Może i lepiej – rozczarowanie nie boli aż tak bardzo.

W 2009 roku Małpa zaczął drogę na szczyt. Dzięki klasycznemu już „Kilka numerów o czymś” udowodnił, że płytę z podziemia można sprzedać w kilkunastotysięcznym nakładzie i wkraść się w gusta przeróżnych grup odbiorców. To był prawdziwy fenomen i mimo że zaczynał irytować swoją popularnością (ach, te „Paznokcie”), nowy projekt z pewnością byłby wydarzeniem. W tym samym czasie Mielzky był tuż po wydaniu niezłej epki „Zła karma” z Sekaku, jednak kluczem do serc truskulowych słuchaczy okazał się świetny „Rap” znajdujący się na „Lavoramie” Ortegi Cartel. The Returners w 2009 roku zdążyli zaznaczyć swoją obecność choćby na wspomnianym „KNOC”, ale rok później wypłynęli na szerokie wody mainstreamu dzięki „Bez granic” Pyskatego, „Nagapiłem się” Pezeta i Małolata czy wyprodukowaniu „Zapisków z 1001 nocy” Eldo. To naprawdę był ich czas.

Mamy 2017 i sytuacja diametralnie się zmieniła. W zeszłym roku Małpa wrócił po długiej nieobecności, lecz bezpłciowe „Mówi” rozczarowało. Mielzky miewał swoje wzloty i upadki. Jego studyjny debiut zawiódł, jednak ostatni projekt, „Miejski patrol” z Patr00, wydany w czasach autotune’a i elektronicznych rąbanek przypominał o korzeniach rapu i dawał chwilę oddechu. Mielon to zresztą gość, którego trudno nie darzyć sympatią (mało który raper prowadzi lepiej swoje kanały w social media), jednak nie można od niego oczekiwać, by odkrył Amerykę. Returnersi z lepszym lub gorszym skutkiem wyprodukowani kilka płyt, w tym swoją „Nową starą szkołę”, ale ich produkcje, choć ciągle trzymające poziom, zdążyły nieco spowszednieć.

I tu powinna nastąpić właściwa część recenzji dogłębnie analizująca poszczególne części tej płyty, ale….

Przesłuchałem „Rottenberg” kilka razy i nie zapamiętałem z niego nic poza wersem: „Gram w strefie, która nie chce lecieć w RMF-ie” oraz Conrado Moreno przepraszającego widzów za wypadek w programie „Europa da się lubić”. Przyznacie, że to niewiele.

Nuda, nuda, po trzykroć nuda.

Małpa mamrocze, ględzi, recytuje, deklamuje. Trudno nazwać to apatyczne wygłaszanie słów rapowaniem. Nie byłoby to problemem, gdyby miał do przekazania cokolwiek ciekawego, niestety, to stos pustych, nieciekawych frazesów. Gdy w ten bezjajeczny sposób mówi o gniewie, jest co najwyżej komicznie. Mielzky w pewnym stopniu dostosował się do tego stylu. Co prawda, stara się kombinować z głosem i tempem nawijki, by choć trochę rozbujać te kawałki, jednak jest tu może 10% energii, jaką potrafi z siebie wykrzesać.

Jeżeli ktokolwiek wyszedł na „Rottenbergu” obronną ręką, to są to Returnersi. Poza typowym truskulowym bangerem w ich stylu, jakim jest „Po to by”, zostawili tutaj nie do końca oczywiste, pełne nocnego klimatu pokłady, uzupełnione dobrymi samplami. Te zostawiają także sporo miejsca raperom i aż prosi się, by wykorzystał je ktoś z większą charyzmą.

W zapowiedziach tej płyty przewinęła się informacja, że nagrano ją w ciągu jednego wyjazdu do domku w lesie. Słychać to aż zbyt wyraźnie. Ta płyta wysysa energię i zupełnie nie zachęca, by choć raz do niej wrócić. Zapomnijmy o „Rottenbergu” jak najszybciej.

Mateusz Osiak

Dobry ze mnie chłopak, żaden odmieniec.