Powrót do przeszłości – Homex „Homework”


Gdyby album Homexa wyszedł sześć lat temu, to miałbym odciski na palcach od bronienia go na forach i przekonywania, że „Homework” to debiut roku.

Zawsze lubiłem raperów z ogromną zajawką na całą kulturę hip-hop, skromnych, mało znanych, siedzących gdzieś za sceną i czekających na to aż ktoś ich na nią wciągnie. W dodatku takich, którzy album wyprodukują sobie sami, a i nie zaproszą żadnych gości. Jeżeli jeszcze rzucają podwójne, to po mojej truskulowej duszy rozlewała się radość. Lubiłem ogłaszać ludziom: „Oto świetny raper, którego na pewno nie znacie, a ja już tak, więc polecam, na pewno się zajaracie”. Nie obchodziło mnie, że byłem zbywany albo że odpowiadano mi: „Spoko rap, ale wolę Pezeta”, bo ja również żyłem rapem i reszta schodziła na drugi plan.

Nie trzeba było mi cudów. Wystarczył MC właśnie taki jak Homex – pewnie poruszający się po bitach, dbający o technikę i ciekawie opowiadający proste historie z życia. Oczywiście bez przesady w tę stronę, bo od zbytniej prostoty i niskich umiejętności trzymam się z daleka, a raper debiutujący w Fandango ma już wypracowany warsztat i wie, w którym kierunku iść. Co prawda obierana przez niego tematyka nie należy do specjalnie oryginalnych: wszechobecna miłość do rapgry lekko podszyta braggą i lokalnym patriotyzmem, wspominki czy spostrzeżenia, że społeczeństwo jest coraz mniej ze sobą zżyte – umówmy się, to już było. Niemniej, w tym przypadki w ogóle mi to nie przeszkadza, a nawet stanowi plus dodatni.

To samo, jeżeli chodzi o muzykę. Bo owszem, można narzekać, że niemodny trueschool, że te „cofnięte werble, krzywe hihaty i tłusty melodyjny bass”, o których pisze Homex w liner notes czy nawet dogrywane przez niego samego akustyczne pianino to zdecydowanie za mało. Tyle że tu wszystko jest jak należy. Już od pierwszego kawałka wszystko brzmi przyjemnie dla ucha, a z tej muzyki taki sam dobry ziomek jak z Homexa.

Tyle że to, co na mnie wywiera tutaj pozytywne wrażenie, innych może zwyczajnie nudzić – i jestem w stanie ich w pełni zrozumieć, zatem dziś nie dam się pociąć za to, by ktoś prócz mnie docenił ten krążek. Ja słuchając „Homeworku” wracam do czasów sprzed kliku lat. Wracam z przyjemnością i cieszę się, że Homex przypomniał mi o okresie mojej największej zajawki na hip-hop. Jego debiut to nie zmiatająca scenę petarda, ale to na pewno krążek, który można polubić. Do samochodu jak znalazł.

Mateusz Osiak

Dobry ze mnie chłopak, żaden odmieniec.