Rap z cienia – Flint „Smokesex”

smokesex

Jeżeli nie rozumiem czegoś w polskim hip-hopie, to jest to brak zainteresowania rapem Flinta. Warszawiak wypuszcza ostatnio bardzo dobre rzeczy, a hype’u jak nie było, tak nie ma.

Kiedyś mieliśmy falę trueschoolu. Każdy osiedlowy MC kradł klasyczne bity od Premiera, Pete Rocka czy Mr. Greena i nagrywał smutne, pseudopoetyckie piosenki. Razem z boomem na newschoolowy rap, na osiedlach jak grzyby po deszczu zaczęli wyrastać nowocześni raperzy. Wiecie o co chodzi: giętkie flow, cykacze, hedonizm i wszyscy brzmią tak samo. Co lepsi, jak Żabson, Gedz, JNR, się wybili, a reszta planuje nieudolnie ich naśladować. I co ciekawe, bez względu na wątpliwe umiejętności, też zdobywają poklask. Dlaczego wspominam o tym przy okazji najnowszego mixtape’u Flinta? Autor „Złej sławy” dorównuje tym najlepszym pod względem skillsów, a może nawet ich przewyższa, jednak patrząc na zainteresowanie wokół „Smokesex”, Flint wciąż musi zadowalać się pobytem w cieniu.

Już na „Złej sławie” mogliśmy się przekonać, jak wyewoluował styl Flinta: na bicie potrafi zrobić wszystko i wie, jak to wykorzystać. To nie są bezsensowne przyspieszenia lub niepotrzebne offbeaty. Warszawski raper jest świadomy tego, kiedy jakiego zabiegu trzeba użyć. A użycie backmaskingu w „Ja1Ty” pokazuje, że lubi kombinować i puszczać fanom oko. Muzyczna świadomość to jedno, drugie to bagaż doświadczeń, jaki niesie za sobą Flint. O ile ci wszyscy nowocześni nastolatkowie potrafią rapować jedynie o melanżach i innych pierdołach, na „Smokesex” ważną rolę odgrywają emocje.

Najważniejszym i najczęściej pojawiającym się uczuciem jest żal. Chociaż „Zła sława” zebrała dobre recenzje i znalazła się w niektórych podsumowaniach, Flint wciąż nie gra koncertów jako headliner ani zyskał tysięcy fanów. Jest też smutek związany z zakończonym związkiem i mieszkaniem samemu. Obok tego mamy też zgoła inne klimaty: choćby opowieść o tym, co robi Flint i Vixen, kiedy mają wolną chatę, koncept kawałek o potrójnym zabójstwie trzech hip-hopowych dziennikarzy czy numer mówiący o tym, że mimo niepowodzeń raper wciąż jest zmotywowany, by odnieść sukces. Dla miłośników bezczelnych punchlines Flint na „Smokesex” wrzucił też całkiem udane dissy na Filipka.

Smutniejszy, bardziej melancholijny klimat płyty powoduje, że na nowym mixtapie nie ma tylu hitowych numerów, co na „Złej sławie”. Natomiast zostało naprawione to, co szwankowało na pełnoprawnym albumie, czyli warstwa muzyczna. Generalnie znowu jest bardzo nowocześnie, a za muzykę odpowiadają głównie ci sami producenci (Udar, DJ Flip, Luxon), ale zostawili tu chyba nieco bardziej dopieszczone podkłady. Spory wkład w produkcję ma też Cyga, którego bity w końcu zostały wykorzystane jak należy.

Na „Smokesex” jest dobrze, naprawdę dobrze. Chociaż to zbiór numerów, które w większości znaliśmy już długo przed premierą całości, to chce się do nich wracać, a do tego świetnie sprawdzają się w aucie. Jedyne, co może odstraszać Was od zakupu to kartonowa koperta, w której wydany jest mixtape, ale mimo tego, warto kupić ten materiał i postawić Flintowi dobrego browara. I niech to się w końcu wychodzi z cienia, bo szkoda, by ten rap przepadał w zalewie bylejakości.

KUP PŁYTĘ

Mateusz Osiak

Dobry ze mnie chłopak, żaden odmieniec.