Strzał w piątkę – Mariusz Zielke „Twardzielka”

twardzielka

Tym razem Mariusz Zielke wymierzył w polski show bussiness. I tak jak poprzednio ze służbami, politykami i ekonomistami, teraz rozprawił się z zepsutym światem celebrytów.

Lubię autora głośnego „Wyroku” za to, że nie owija w bawełnę. Portretując poszczególne grupy polskiego społeczeństwa nie próbuje tuszować wad tylko uwypukla je, a czasami przerysowuje, by uświadomić nas, że świat, w jakim żyjemy nie jest tak kolorowy, jak nam się wydaje. Podoba mi się także, że udało mu się do polskiej literatury wnieść trochę Ameryki. Za oceanem nie brakuje powieści, w których porusza się właśnie problemy państwa czy włącza się postaci z okładek kolorowych pism, mieszając fikcję z rzeczywistością. U nas to trochę temat tabu, jednak Zielke uparcie, książka po książce, opisuje brudy naszego kraju.

Z „Twardzielki” dowiadujemy się o połączeniach szeroko pojętego show bussinessu – w tym: agencje dla modelek, synowie polityków i oczywiście aktorzy – z już rozwiniętym rynkiem ekskluzywnych prostytutek, które spełniają wszelkie zachcianki swoich klientów. Niektóre muszą nawet wcielać się w role mordowanych rytualnie kobiet. Problem w tym, że… kilka z nich naprawdę zginęło. Sprawą, w której jest już pięć brutalnie zamordowanych ofiar, a jedna z dziewczyn zniknęła zajmuje się nadkomisarz Rodzki. Wszystkie zabite były modelkami, które z czasem zmieniły profesje na mniej sławną. Sprawa wygląda na robotę jednego mordercy, jednak osoby z branży milczą. Nie ma także specjalnych nacisków „z góry”, wszak: „U nas nie ma seryjnych. Zapamiętaj to sobie. Oni nie istnieją”. [1] Istnieje natomiast jeden sposób na rozwiązanie sprawy – ktoś musi wniknąć w to środowisko i stać się przynętą. Pada na Marikę, byłą policjantkę, przebywającą obecnie w szpitalu psychiatrycznym.

Zielke, tak jak zawsze, by jeszcze bardziej urzeczywistnić tę historię, wytaplał ją w błocie naszej rzeczywistości, gdzie politycy mają wielkie wpływy, wypełnił ją opisami seksu i stekiem bluzg. Podobnie jak w „Formacji trójkąta”, wydaje się, że nieco z tym przesadził i choć potrafi wstawić przekleństwo w odpowiednim momencie czy całkiem intymnie opisać przygody w alkowie, to czasami robi się niesmacznie.

Historia „Twardzielki” zdradzała wiele potencjału, jednak po jej zakończeniu czuć niedosyt. Zarówno w kreacji bohaterów, jak i samej fabule. Cóż, ta „amerykańskość” ma po prostu drugie oblicze – odrealnia powieść i czyni ją materiałem, który lepiej niż na papierze sprawdziłby się jako kino akcji. Czegoś tu po prostu brakuje. Po części głębi w postaciach, po części po prostu pomysłów na to, jak poprowadzić tę powieść. Kilka niespodziewanych zwrotów akcji pod koniec książki co prawda ją ubarwia, ale niestety nie ratuje jej jako całości.

Mariusz Zielke pracuje już nad kolejnymi powieściami, które – jak sam mówi – mają być lepsze od „Twardzielki”. Czy sam autor czuje, że jego najnowsza książka nie jest szczytem jego możliwości? Być może. Pozostaje mieć nadzieję, że w końcu do swojego doskonałego zmysłu do portretowania polskiej rzeczywistości doda także przekonującą i dopracowaną historię. Wtedy może strzelić w dziesiątkę, bo jak na razie jest daleko od środka tarczy.

[1] Zielke Mariusz, Twardzielka, Wyd. Akurat, s. 33

Za egzemplarz recenzencki podziękowania dla:
akurat

Mateusz Osiak

Dobry ze mnie chłopak, żaden odmieniec.