Ucieczka od hałasu – Kajetan Borowski Trio „Totem”

totem

„Totem” trzeba włączyć, a potem razem z nim zapomnieć o hałasie.

W samochodzie staram się trzymać płyty z przeróżną muzyką. Na każdy nastrój, jakkolwiek banalnie to brzmi. Nieraz już zakładałem sobie na przykład, że tego i tego dnia sprawdzę płytę X, która leży w kolejce do recenzji albo przypomnę sobie album Y, bo znika pod warstwą kurzu, ale kiedy wsiadłem za kierownicę okazywało się, że nie mogę ich słuchać – potrzeba mi czegoś innego. I tak często jadąc do pracy, szczególnie rano, pobudzam się „Goodlife” Szopsa, innym razem włączam Beyonce, by z nią ponucić albo odpływam z któryś „Jazzmatazzem” Guru. Jedyną zasadą, jaką zawsze się kieruję, jest nie włączanie żadnych znanych mi dobrze klasyków – zdzieranie gardła przed pracą w moim zawodzie nie należy do rzeczy najrozsądniejszych.

Zupełnie inaczej słucha mi się muzyki, kiedy wracam do domu. Nawet nie spodziewacie się, jak 5-6 godzin pracy nauczyciela może wykańczać psychicznie i bynajmniej nie chodzi tu o uczniów. Kilka godzin w pełnej koncentracji, bez miejsca na błędy, w mniejszym lub większym stresie, z wyczerpanymi strunami głosowymi (od mówienia, krzyczę rzadko :) ), zazwyczaj wracam też już grubo po 20, więc słońca od dawna nie ma na horyzoncie. Ciemno, zimno, do domu daleko. Włączam silnik, zaglądam do schowka z płytami i pojawiają się dwie możliwości.

Pierwsza z nich zdarza się zdecydowanie rzadziej – potrzeba mi wtedy czegoś energetycznego. „Enter the Wu-Tang, „Get Rich or Die Tryin”, „Za młodych na Heroda”, „Kilku numerów o czymś”, czyli czegoś pobudzającego, co nie pozwoli mi przymknąć oczu. Jednak takie wyczerpanie to nie codzienność Zdecydowanie częściej potrzeba mi po prostu wyciszenia. Ucieczki od hałaśliwej szkoły, od krzyczących przedszkolaków, od szybkiego przemieszczania się z sekretariatu do klasy. Dlaczego wtedy włączam cokolwiek? Bo silnik mojego forda jest za głośny i po paru kilometrach wkurza. Bo słyszę inne pędzące samochody. Bo ta cisza jest po prostu za cicha.

Wtedy najlepiej słucha mi się jazzu. Może to być „Będzie dobrze” Eskaubeia i kwartetu Tomka Nowaka, może to być „Night in Calisia” Randy’ego Breckera i Włodzimierza Pawlika, może to być też także wydany w tym roku album trio Kajetana Borowskiego „Totem”, idealny nadający się na takie rozprężenie.

Grającego na fortepianie i odpowiedzialnego za kompozycje Kajetana wspiera na kontrabasie Jakub Dworak i perkusista Grzegorz Masłowski. Jednak to Borowskiego słychać tu najwięcej: jego solowy „Portal” otwiera przed nami bramy „Totemu”, a w kolejnych utworach również to klawisze odgrywają główną rolę, co często nadaje płycie przyjemnego, barowego nastroju. Niemniej, jeżeli Kajetan ustępuje miejsca swoim kolegom, ci skrzętnie wykorzystują każdy nadarzający się moment, by zaprezentować swoje niemałe umiejętności. Większość kompozycji to ponad pięciominutowe utwory, w których naprawdę sporo się dzieje: np. spokojnie zaczynający się „Hipp”, który po chwili rozwija się w muzyczny popis całego tria. Gra Borowskiego nie ogranicza się do jednostajnego stukania w klawisze – wiele tu zmian tempa czy wahań nastrojów, a kontrabas i perkusja nie tworzą tylko tła, lecz dają się zauważyć także na pierwszym planie.

Odsłuchiwałem „Totem” zarówno w samochodzie, jak i w domu. W pierwszym przypadku pozwala się wyciszyć, jednak na lepszym sprzęcie dodatkowym atutem tego albumu staje się także jego brzmienie. Tak czy inaczej, jestem pewny, że jeszcze raz zagości w moim odtwarzaczu, bo choć nie jest to przebojowa muzyka, jej wartości trudno zaprzeczać. Nieraz razem z „Totemem” ucieknę od hałasu.

Mateusz Osiak

Dobry ze mnie chłopak, żaden odmieniec.