Wicher x Diament „Róża wiatrów” [przedpremierowa recenzja]

Słuchając „Róży wiatrów” mam podobne uczucia, co podczas odtwarzania „Głębokiej płytki” Madziała i Melona. Wicher i Diament przypominają, za co pokochałem hip-hop.
Kiedy zaczynałem się wgryzać w tę kulturę nie sądziłem, że będzie kiedyś w takim punkcie, w jakim jest teraz. Że kolejny boom na rap przyniesie wysyp raperów z przypadku, a w mainstreamie znajdzie się miejsce dla graczy bez flow, typów powtarzających wciąż te same frazesy albo bezczelnych kserokopii. Że to, co dzieje się na scenie będzie mnie coraz bardziej denerwowało, a sprawdzanie nowych płyt stanie się przykrym obowiązkiem. Byłem małolatem na zajawce, który jarał się Te-Trisem, Reno, Smarkim i Jimsonem. Liczyły się cięte, błyskotliwe linijki, często zabawne porównania i dobrze poskładane rymy. Płyta Wichera i Diamenta niejako przypomina o filarach tej muzyki.Nie chodzi bynajmniej o to, że „Róża wiatrów” została nagrana na starą modłę, a Wicher i Diament to nie stare dziady, którzy już dawno powinni opuścić scenę, bo zatrzymali się w czasie. Mam na myśli bardziej to, że ci MCs składają rymy w podobny sposób, co jakiś czas temu. W wersach prześcigają się w porównaniach odnoszących się do ludzi czy miejsc. I chociaż to pozornie niby nic wielkiego, to ciekawym zabiegiem jest nawiązywanie np. w kawałku „Rosyjska ruletka” tylko do postaci związanymi pośrednio czy bezpośrednio z Rosją. I tak znajdziemy w tekście Marię Szarapową, Edwarda Snowdena, Samuela Eto’o oraz zespół Pussy Riot. Każdy numer ma temat przewodni, wystarczy spojrzeć na tracklistę i w oczy rzuci się chociażby „Meksyk” i „Włoska robota”, gdzie pada chyba najbardziej zapadający w pamięć wers: „A nuż trafię do ich głów; Dino Baggio”.

Generalnie dużo tutaj podobnych wersów: podszytych braggadocio i mających na celu zaskoczyć słuchacza doborem porównania typu: „Całe życie walczę z dumą; Garij Kasparow”. Momentami zaskakująco, niekiedy przewidywalnie, jednak odbiór zazwyczaj pozostaje pozytywny. Szkoda, że doszedł do tego zestaw wersów standardowych: garść przemyśleń, coś motywacyjnego, etc. Niemniej Wichera i Diamenta słucha się dobrze. Wciąż piszę o nich jak o jednym  MC, a to dlatego, że świetnie do siebie pasują. Może Wicher ma lepiej wykombinowane porównania, a Diament ma bardziej bezpośrednie pancze, ale generalnie są na podobnym poziomie. Zdarzają im się gorsze momenty na bicie, jednak zazwyczaj energicznie poruszają się pomiędzy werblami.Największym zaskoczeniem wśród gości okazał się Tymin, którego krzykliwe flow nie irytuje, a krytyka nieudolnych newschoolowców w „Róży wiatrów #2” wyszła całkiem nieźle. Wyróżnić można też otwierającego album (sic!) Golina oraz występującego po nim Choka. Nieco poniżej swojego poziomu nawinął za to Junes, a Beeres przechodzi w kawałku zupełnie niezauważenie.

Produkcyjnie dość trueschoolowo, co też w pewnym sensie przywołuje czasy „polskiej złotej ery”. Zaczyna Foux odważnym samplem z „In This World” Moby’ego, dalej w meksykańskie klimaty wprowadza nas Bejotka. Spójność – mimo że za każdy bit odpowiada inny producent – została zachowana. Głównie dlatego, że podkłady są dość klasyczne, oparte na samplach, bez przekombinowanych aranżacji i zaskakujących momentów (może poza remixem „Białego kruka”, który wykonał Eigus). I tutaj też stajemy przed dylematem: czy to dobrze, że produkcja jest tak daleko od obecnych trendów?Wydany w Vibe2Nes album nie przeciera żadnych szlaków, przeciwnie, oprowadza po tych już dawno zwiedzonych i dobrze nam znanych. Jednak jest coś, co sprawia, że ta podróż jest ciekawa i że ten powrót w stare miejsce przypomina zapomniane uczucia. Wiele osób go odrzuci, bo to album niemodny, ale część słuchaczy powinna docenić, ponieważ to kawał dobrego truskulu, a to określenie nie jest pejoratywne.

Mateusz Osiak

Dobry ze mnie chłopak, żaden odmieniec.