Katarzyna poszerza mi horyzonty

Nie samym rapem człowiek żyje. Dlatego od czasu do czasu sięgam po muzykę inną, najczęściej dostarczają mi jej znajomi. Najczęściej jest to Katarzyna, słuchająca metalu, reggae Hey i wielu innych nie związanych ze sobą żadną miarą wykonawców. Oto, co dostałem od niej ostatnio:

 KAT – Ballady (1993)
Wchodząc w hasło „KAT” na Wikipedii po prawej kolumnie mamy gatunek muzyczny, prezentowany przez grupę. „Trash metal”, „heavy metal”, „black metal” zazwyczaj odruchowo wzdrygam się, kiedy słyszę te nazwy. O ile rock uwielbiam, nawet ten mocniejszy, to metal jest dla mojego gustu muzycznego szczeblem, na który wejść nigdy nie będę potrafił. Jednakże tytuł „Ballady” nieco mnie uspokoił i dałem KATowi szansę.
Jak widać żyję, co więcej, zdecydowałem się pisać o tym albumie, co uważam za spory sukces. „Ballady” swoich odbiorców znajdą przede wszystkim wśród słuchaczy metalu – to niezaprzeczalny fakt. Chociaż i ja znalazłem coś dla siebie. Piękną kompozycją rozpoczyna się ta płyta. „Legenda wyśniona” z Józefem Skrzekiem na klawiszach brzmi naprawdę świetnie. Wokal Kostrzewskiego i gitary pasują idealnie do klimatu tego wbijającego się w głowę numeru. Trzeba jednak zarzucić coś, co będzie powtarzać się też w innych piosenkach – numer jest wyciągnięty do granic możliwości, trwa aż dziewięć minut (!), jak dla mnie o połowę za długo. Pozostałe nagrania odbieram różnie, jedne można odtwarzać częściej, do niektórych nie chce się wracać. Stanowczo brakuje klawiszy. Kiedy już się pojawiają brzmią fenomenalnie (patrz: „Talizman”), kiedy ich nie ma, utwory nie prezentują się już tak zachęcająco. Na teksty warto przymknąć ucho, tylko tak można potraktować „kreślę za pentagramem krąg” i „wiele lat – dla mnie chwil”. Przesłuchałem kilka razy, więc nie jest tak źle. Czy kiedykolwiek wrócę? No właśnie.
Lech Janerka – Fiu, fiu (2002)
Z Lechem Janerką u mnie jest tak, że znam gościa i dość pochlebnie się o nim wypowiadam, choć żadnej płyty nie słyszałem. Do tej pory. Z „Fiu, fiu” znałem tylko „Wieje”. Teraz, kiedy znam cały album mogę dalej mówić o Janerce w samych superlatywach. Przyjemna dla ucha, czasami bardzo chwytliwa muzyka i wpadające w ucho refreny („Trzeba iść do nieba, tak, tak, tak”). Ironiczne, gorzkie teksty, przy których można się uśmiechnąć. Charyzma. Czego chcieć więcej?
Oprócz wspomnianego „Wieje” album promować mogą świetne i wciągające kawałki takie jak „Leon” czy „Daj mi”. Idealny album dla malkontentów, lubiących ponarzekać na świat. Jedyne wady są takie, że niektóre utwory porywają trochę mniej, ale oczywiście „Fiu, fiu” trafia na listę „do kupienia”. 
Lech Janerka – „Plagiaty” (2005)
O „Plagiatach dużo można powiedzieć bez słuchania. Bo czy jest tutaj ktoś, kto nie słyszał wszechobecnego w 2005 roku „Roweru”? Janerka występował nawet w telewizyjnych festiwalach. To dzięki nim poznałem dwa kolejne utwory z „Plagiatów” – „Paradoksy” i „Ramydada”. I już na podstawie tych trzech numerów można stwierdzić, że warto znać cały album. Niestety, zajęło mi aż siedem lat, żeby zapoznać się ze wszystkimi piętnastoma utworami. Prawie w każdym z nich Janerka nie może pogodzić się z otaczającym go światem, buntuje się przeciw niemu. przemycając gdzieniegdzie pacyfistyczne czy nawet anarchistyczne teksty. Wszystko to ma jednak pozytywny wydźwięk. Nie ma narzekactwa i depresji spowodowanej tym, że biednemu zawsze wiatr w oczy, a pchany pod górę kamień ciągle nam się stacza. Można się pokusić o porównanie do tego, co robi teraz Pablopavo. Teksty czasem są gorzkie, ale słucha się ich przyjemnie i lekko. W dodatku Janerka kapitalnie bawi się słowem (też jak Pablo), tworząc neologizmy i podobnie brzmiące zbitki słów. Muzycznie mamy energicznego młodego chłopaka, zamiast ponad 50-letniego mężczyzny. Powód? Na „Plagiatach” Janerka użył swoich kompozycji z okresu młodzieńczego, dopisał tylko nowe teksty. To również dzięki tym kompozycjom możemy odbierać ten album w kolorowych, a nie szarych barwach. „Plagiaty” spodobały się masom i krytykom, spodobają się też Tobie.

Mateusz Osiak

Dobry ze mnie chłopak, żaden odmieniec.