Trzy szybkie #12

W najnowszych Trzech szybkich nie będzie nowości. Zastój w polskiej muzyce wykorzystałem na sprawdzenie starszych płyt, które umknęły mi w zeszłym roku. Dwunasta odsłona cyklu to trzy polskie albumy, które śmiało mogłyby zrobić zagraniczne kariery.

moizmMakowiecki „Moizm”
W Tomaszu Makowieckim nadzieje pokładano już dawno. Uczestnik pierwszej edycji „Idola” zapowiadał się naprawdę dobrze, jednak oczekiwań nie spełnił aż do tej pory. Teraz, gdy każdy oblepił go łatkami popowego śpiewaka dla nastolatek, Makowiecki stworzył niezwykle delikatny, intymny i romantyczny projekt, z którego bije jego muzyczna dojrzałość. „Moizm” to dziesięć długich utworów (najkrótszy ma niespełna cztery minuty, najdłuższy – ponad dziesięć), które promuje przebojowe „Holidays in Rome”. Reszta jest o wiele bardziej melancholijna, lecz tak samo poświęcona nieszczęśliwej miłości. Smak i klasa tych opowieści wygrywa z patosem, stonowany klimat z podniosłymi dźwiękami. „Moizm” to zdecydowanie jedna z najciekawszych płyt ubiegłego roku, a Tomasz Makowiecki może być naszym towarem eksportowym.

Jacaszek pieśniJacaszek „Pieśni”
Okazuje się, że wykorzystując pieśni kościelne można stworzyć niezwykle ciekawy, minimalistyczny album. Michał Jacaszek wkomponował między innymi „Z dawna Polski tyś Królową” czy „Chwalcie łąki umajone” w muzykę nieoczywistą,  niełatwą i trochę tajemniczą. Refleksyjne, powolne dźwięki otoczone podniosłymi elementami sakralnymi doskonale znanymi z polskich kościołów tworzą niespotykany klimat, w którym można się zatopić. „Pieśni” to nie album do codziennego słuchania, lecz na pewno pozycja, z którą warto się zapoznać i dzięki której można uciec w zupełnie nieznany muzycznie świat.


genesisAnia Rusowicz „Genesis”
W „Moim big-bicie” zakochałem się od pierwszego singla. Piosenki swojej mamy Ady w nowych aranżacjach Ania Rusowicz wykonała z naleciałościami naszej epoki i wyszło to jej doskonale. W pełni autorskim „Genesis” również słychać big-bitowe echa, jednak wokalistka wyraźnie skręca w psychodeliczne, mroczne brzmienia. Porównania do The Doors, choć w pierwszej chwili zaskakujące, wydają się być w pełni uzasadnione. Świetnie brzmią te lekko przesterowane wokale oraz śpiewanie na starą modłę znane już z poprzedniej płyty, ale to właśnie teraz można było lepiej je wykorzystać. Wielkie brawa także dla producenta płyty, Emade, który z grają połączył stare tradycje z elementami nowości. Chociaż mniej tu hitów niż na „Moim big-bicie”, „Genesis” jest na pewno o wiele dojrzalsze.

Mateusz Osiak

Dobry ze mnie chłopak, żaden odmieniec.