„Czas na więcej eksperymentów” – wywiad z Eigusem

eiguz

Eigusa poznałem na forum i śledzę jego karierę od samego początku, dlatego przeprowadzenie tej rozmowy było kwestią czasu. Tym bardziej że obaj lubimy Arsenal i dobre piwo. Jednak nie spodziewałem się, że Maciek jest takim gadułą. Szykujcie się na jeden z moich najdłuższych wywiadów z tym niezwykle utalentowanym młodym producentem.


Ile miałeś lat, kiedy zrobiłeś pierwszy bit?
2009 rok, ledwo trzynastka na karku. Pytanie tylko, czy początki w tej stylówce w ogóle można nazwać bitami. Przedtem robiłem wyłącznie instrumentalne rzeczy – EDM-owe popierdywania, bo inaczej nie da się ich nazwać, które jednak czegoś tam o miksie, aranżu, melodyce w praktyce mnie nauczyły. Z tym że jeśli chodzi o pierwsze bity – pomijając już straszliwie siermiężny miks, zero warsztatu, brak umiejętności samplingu – nie miały tego, co w bitach jest najważniejsze. Wajbu. One po prostu nie sprawiały, że ktokolwiek miałby ochotę bujać przy nich głową czy cokolwiek pod nie rapować. Ot, takie pseudorapowe elevator music, ani trochę nie pasujące do tego, żeby kłaść na nie wokal. Myślę, że to kwestia przechodzenia twórczości z jednego gatunku w drugi i nieco innego podejścia, ale wydaje mi się, że po roku – a na pewno po dwóch – brzmiało to już zupełnie inaczej.

A kiedy pierwszy raz pojawiłeś się na legalu, miałeś…
17 lat. Było to nieco ponad rok temu na „Puzzlach” 2stego, które wyszły bodajże na wakacjach i akurat w tamtym momencie byłem w rozjazdach. Z tym że to też było bardzo ciekawe doświadczenie; miałem okazję wejść do największego Empiku w Polsce i w dziale z nowościami zobaczyć stertę płyt z moją ksywą na trackliście. Dla mnie uczucie nie do opisania, żyje się dla takich chwil, w których wiesz, że coś, co stworzyłeś, trwale się gdzieś zapisało, i kto wie, być może kiedyś nasze dzieci, wnuki będą wygrzebywać takie perełki z kolekcji płyt ojca czy dziadka – no, ale to już gdybania wyższej kategorii. Inna sprawa jest taka, że wytwórnia zajmująca się wydaniem tego albumu najzwyczajniej w świecie kompletnie dała dupy: płyta przyszła po ponad miesiącu (!), umówionego wynagrodzenia z ich strony jak nie było, tak nie ma (sprawę ogarnął sam 2sty, za co props), ogólnie rzecz biorąc: tragedia, taki pierwszy krok w szołbizowe szambo.

Pytałem o wiek, bo trzeba przyznać, że dość wcześnie zacząłeś tak poważne współprace. Skąd to się wzięło i jak tak szybko udało Ci się dojść do takiego poziomu?
Zaczęło się bardzo, bardzo wcześnie, po prostu od zawsze zamiast przyglądać czy przysłuchiwać się czyimś dziełom wolałem wziąć sprawę we własne ręce. Takie usposobienie miałem od dzieciaka, a z możliwością stworzenia czegoś własnego pierwszy raz zetknąłem się, gdy miałem bodajże 5 lat i do pierwszego komputera, który był w domu była dołączona płytka z eJayem 2000. Ile godzin nad tym spędziłem jako gówniarz – aż strach liczyć, ale tak mi się to spodobało, że potem zacząłem szukać innych programów, które mogłyby mi to umożliwić i w końcu gdzieś w zerówce udało mi się zainstalować demówkę FL-a – wtedy jeszcze Fruity Loops 3 i od tego czasu jestem „owockom” wierny, chociaż ogarniać zacząłem dopiero gdzieś w okolicach późnej podstawówki. Pamiętam też, że byłem na lekcji pokazowej w szkole muzycznej w podobnym czasie, co pierwszy kontakt z FL-em, ale w końcu wyszło na to, że to nie dla mnie i chyba to w głównej mierze zdecydowało o tym, że jestem muzycznym samoukiem, bez jakiejkolwiek wiedzy teoretycznej jeśli chodzi o muzykę. W kwestii progresu to chyba kontakt z różnymi stylami i brzmieniami plus możliwość wypróbowywania nowych rozwiązań w trakcie tworzenia daje największe opcje na szlifowanie własnego stylu i umiejętności.

Pochodzisz z Krosna. Czy to, że nie ma tam jakiegoś wielkiego hip-hopowego środowiska było dla Ciebie problemem przy stawianiu pierwszych kroków?
Na szczęście nie. Zaczynałem już w erze internetu, więc wiadome, że to był decydujący czynnik jeśli chodzi o nawiązywanie współpracy, wyszukiwanie informacji, inspiracji i tak dalej. Czuję, że bez tego byłoby cholernie ciężko przebić się tak, jak dotąd mi się to udało. Krośnieńska (i ogólnie rzecz biorąc – okoliczna) scena na chwilę obecną leży i kwiczy. Tu i ówdzie przewijają się jacyś raperzy (warto wymienić chłopaków z Projektu Boomelant i MMS-a – bardzo duży potencjał), z producentów oprócz siebie kojarzę jedynie Krótkiego, który raczej już z Krosnem aż tak dużych koneksji nie ma i dawno nie słyszałem żadnych nowych bitów od niego, zresztą klimatycznie to nieco inna bajka. Swoją drogą, jeśli mówimy o krośnieńskim środowisku hip-hopowym – sporo dowiedziałem się na temat lokalnego rapu od Borisa (który zresztą też pochodzi z najbliższych okolic i w tej kwestii sporo mu zawdzięczam, pozdro). Co prawda większość z tych ciekawostek uleciało już z głowy, ale słyszałem między innymi o tym, że końcem lat ’90 w Krośnie działała ekipa o nazwie Fenomen Słowa, mylona z warszawskim Fenomenem, tak więc nie można powiedzieć, że nic się tu nie dzieje czy nie działo, ale na palcach jednej ręki można policzyć ciekawe projekty z tego miasta.

Mówisz o erze internetu i nie sposób nie wspomnieć tutaj o forum GramRap (później RapGram), gdzie wrzucałeś swoje pierwsze podkłady i brałeś udział w przeróżnych konkursach.
Jasne! Dobrze pamiętam całą ekipę z GramRapu, jak się okazało, po latach z wieloma osobami z tego otoczenia nadal mam kontakt i możliwość współpracy, zresztą to kojarzy mi się z niesamowicie zajawkowymi czasami. To, czego tam się dowiedziałem, sporo mi dało. Chłonąłem każdą szkołę tworzenia i rodzaj brzmienia jak gąbka, byle tylko stworzyć coś własnego i puścić to w świat. Równolegle był to pewien etap, że tak powiem, życiowego odkrywania. Kupa zdjęć i kawałków nadal mi go przypomina… a baggy dalej zalegają w szafie. Na takim przykładzie można powiedzieć, że muzyka to jeden z najlepszych nośników wspomnień.

Udzielał się tam też jeden z najbardziej kontrowersyjnych raperów – Koldi. Współpracowałbyś z nim?

Nie ma szans. Już pomijając to, że najzwyczajniej nie jaram się tym, co robi, to tych wszystkich „traperów znad Wisły”, którzy od czasu, kiedy Koldi zabrał się za „cykacze”, zrobili z tego religię, najchętniej do tejże rzeki bym wrzucił – pod warstwę mułu na dnie, w czarnych workach. Dla mnie to jest zjawisko na pograniczu żenady i śmiechu, tym bardziej biorąc pod uwagę fakt, że ludzie, którzy się za to biorą często nawet nie znają znaczenia i definicji muzyki, którą chcą robić. Przekładając to na polskie warunki i wiek ludzi, którym zachciało się robienia „trapu” dostajemy wybuchową mieszankę pozerstwa i hipokryzji przyprawioną cebulą. Oczywiście możemy też znaleźć raperów, którym udaje się to bardzo sensownie ogarniać (patrz: Malik Montana) albo takich, którzy bez skrępowania cisną z tego bekę, ale cała ta wczuta na tego typu rzeczy i święta wojna truskul-niuskul… Może lepiej po prostu olać nieudolne kserowanie nurtów zza oceanu i spróbować stworzyć coś od siebie, hm?

Po etapie forumowym przyszła współpraca z duetem Tymin/Peus, która okazała się trampoliną do rozpoczęcia prawdziwej kariery.
Owszem, chociaż zanim do tego przejdę, takim kamieniem milowym dla mnie było poznanie ekipy Zdany Tylko Na Siebie na wakacjach w 2011 roku. Z Borisem, o którym już wcześniej wspominałem, zrobiliśmy epkę, na której pojawił się kawałek zatytułowany „Zachód” na znanym wokalnym samplu (m.in. „Sierra Leone” Mt. Eden). Ten numer okazał się strzałem w dziesiątkę jeśli chodzi o rozwój, miałem okazję iść trochę dalej – niedługo potem nawiązałem kontakt z Tyminem. Zresztą, o ile się nie mylę, działałeś w tej kwestii, prawda?

 

Tak, podrzuciłem mu Twój Soundcloud.
Właśnie. Zbierali wtedy z Peusem bity na „Koniec dyskusji”. Jak się potem okazało, większość kawałków na płycie była mojej produkcji, kilka bitów poszło dalej (m.in. ten w „Złośliwości rzeczy martwych”, gdzie udzieliło się naprawdę mnóstwo raperów, był pierwszym bitem, jaki dałem Tyminowi na tę płytę), a chłopakom bardzo zaimponowało to, jak zremiksowałem już w fazie aranży „Erratę”. Wysypała się bodajże sesja bitu, więc musiałem ogarnąć to „from scratch”, dodatkowo wplatając jakiś sensowny wokal na refren. Skończyło się tak, że ogarnąłem jeszcze finalny mastering (chociaż nie powinienem chyba tego tak nazywać, biorąc pod uwagę mój sprzęt) tego albumu i wspólnie z chłopakami podjęliśmy decyzję, że następną płytę robimy wspólnie – „Setka sekta” już niedługo. Co do trampoliny do prawdziwej kariery – coś w tym jest. Od czasu premiery „Końca dyskusji” dostawałem coraz więcej propozycji, nieraz i takich, o których dotąd mogłem pomarzyć. Ważne, żeby konsekwentnie je wykorzystywać, bo co innego dostać, a co innego zrobić z tego użytek.

Tym bardziej że bity robisz dość różnorodne i nie boisz się uderzać w cloudowe klimaty.
Nad szufladkowaniem przy takich nazwach bym się spierał, tym bardziej że „cloud rap” jako taki bardziej dotyczy treści kawałków (zresztą polecam H∆SHTAG$ – Don’t Call It #CloudRap na YT). Faktem jest, że niesamowicie spodobały mi się oniryczne klimaty, coś w podobie do tego, co jeszcze parę lat temu było głównie domeną Clamsa Casino czy Main Attraktionz. Innym bitem, który zainspirował mnie w równym stopniu, co starsze wyczyny Clamsa, był „Bird On A Wire” Harry’ego Frauda (z Action Bronsonem i Riff Raffem na majkach). Bit tak prosty w konstrukcji, z bębnami zaczerpniętymi z TR-808 (co możemy usłyszeć teraz w co drugim kawałku, po tym, jak przestało to być domeną południowców) i spowolnionym samplem z gęstą warstwą pogłosu czy echa w tle. Idealne połączenie, wręcz hipnotyczne. Ludzie, którzy się za to biorą, nie rozumieją tylko, że to, że Harry dobrał takie proporcje, sampel i rytmikę tego bitu, nie znaczy, że każdemu innemu też uda się wykręcić taki bit.

A jednak producenci wciąż próbują.
Problem jednak jest taki, tak samo zresztą jak z, pożal się Boże, trapowymi „producentami”, którzy kleją 3 losowe bębny z paczki Lexa Lugera, stopę z 808 i jakieś tam trąbki. Wiele osób zaczyna reagować tak samo na słowo „cloud” jak na „trap”, bo od razu wyłania się obraz typa, który usłyszał 3 tego rodzaju bity na krzyż i myśli, że jak znajdzie wokalny sampel, spowolni go i rzuci na wierzch parę bębnów na tempie w okolicach 50, to jest wielkim cloudowcem. Rap nieustannie miesza się z elektroniką i ewoluuje – nie ma tu miejsca na kolejne kopie, tylko na wyjście z czymś nowatorskim. Dlatego jeśli chodzi o różnorodność moich bitów, staram się nie ograniczać w swoich inspiracjach. Rap nie kończy się na Polsce i USA, a muzyka na rapie, zresztą to temat rzeka, ale zawsze chętnie rzucę parę zdań o tych sprawach.

Z drugiej strony nasi producenci współpracują też z zagranicznymi raperami, a idealny przykład jeśli chodzi o te newschoolowe klimaty to Romański.

Albo ka-meal. Obaj mają na koncie współpracę choćby z Bonesem. Bardzo to szanuję i sam chciałbym rozszerzyć swoją działalność w ten sposób, ale czas pokaże, jak to się potoczy. W przeszłości próbowałem wysyłać bity za granicę, nawiązałem m.in. kontakt z Deniro Farrarem, ale nic z tego nie wynikło. Poniekąd to rozumiem, bo w porównaniu z moimi obecnymi bitami poziom tych, które wtedy wysyłałem pozostawiał jeszcze trochę do życzenia – pozostaje mieć nadzieję, że następnym razem się uda. Zresztą i tu występuje druga strona medalu – znam parę innych osób, którym udało się pójść nieco dalej; dość powiedzieć, że nie trzeba było długo czekać, żeby sodówka uderzyła do łba. Tacy ludzie często przechodzą na taki „taśmowy” styl tworzenia – puszczając kilka bitów takiego delikwenta jeden po drugim, dźwięk się zlewa w jedno. Jedna pętla, jeden patent, nuda. Dobrze chociaż, że jako tako buja i raperom poza granicami naszego kraju się podoba, ale właśnie – skoro to leci gdzieś dalej, to chyba wypadałoby wymagać od siebie jeszcze więcej, a nie osiadać na laurach i klepać, byle by było.

Jak na dość młodą osobę, mówisz o muzyce w dość dojrzały sposób. Czy dorosłeś już do tego, by zrobić producencki album?
Na pewno nie, jeśli chodzi o kwestię czasu, jaki trzeba na to poświęcić. Za nieco ponad pół roku czeka mnie matura, dlatego za grubsze projekty zabiorę się dopiero po rozprawieniu się z oświatowym „final bossem”. Jeśli chodzi jednak o same pomysły czy patenty na utwory – czemu nie? Z tym że przy moich obecnych zapędach musiałbym sporo się ograniczyć, żeby była to z mojej strony płyta tylko producencka. Zafascynowała mnie niezależność, jaką daje tworzenie bitów pod własne teksty, idealna kontrola nad klimatem – zresztą jestem w trakcie robienia mocno konceptowej epki, którą mam nadzieję nagrać przed końcem tego roku. Wiem jednak mniej więcej, w jakiej konwencji starałbym się utrzymać ewentualny longplej czy też producentkę i w takim kierunku staram się działać z produkcjami.

A zatem usłyszymy Eigusa w roli rapera. O czym konkretnie będzie ta epka?
Będzie nosić tytuł „Sennik” – self explanatory. 4 sny, które pojawiały się przez 4 noce pod rząd nieco ponad rok temu i łączył je pewien detal – postać, która pojawiała się w każdym z nich. Pamiętam je znacznie lepiej niż zdecydowaną większość snów, jakie kiedykolwiek miałem i generowały one sporo rozmyślań, które to starałem się ubrać w słowa i przełożyć na tracki. Można się więc spodziewać surrealistycznych storytellingów i mocno abstrakcyjnych rozkmin – na pewno będę się starał, by było to coś oryginalnego. Nie chcę wjeżdżać na tą scenę jako kolejny, który rapuje o rapie i o tym, że wchodzi do studia, zamiast chodzić na studia, you know the deal. Im ciekawiej, tym lepiej, stagnacja na tle ciągle rozwijającego się gatunku muzycznego to zło.

Nie boisz się o raperski warsztat szczególnie na swoich, wymagających podkładach?
Dla mnie to tylko motywator. Na pewno nie zamierzam słuchać tych, którzy twierdzą, że porywam się z motyką na Słońce zaczynając na powolnych podkładach, bo najzwyczajniej w świecie nuży mnie w większości klasyczne tempo i brzmienie. Każda okazja, żeby podszlifować warsztat jest dobra, a jak inaczej to robić, niż przez tego rodzaju praktykę? Mimo wszystko mam nadzieję, że wyjdzie to przynajmniej zadowalająco. Czas pokaże, jak będzie to brzmieć w praktyce i jak przyjmie się w środowisku.

Wracając do bitów i najbliższego projektu. „Setka sekta” – czym Tymin i Peus zaskoczą?

Energią, człowieku, energią! Z założenia miał to być album, na którym każdy bit ma powyżej 100 bpm lub jest rapowany na podwójnym tempie. Koncept sprawdził się idealnie, wszystko, co z chłopakami do tej pory powstało na „Setkę” brzmi tak, że masz ochotę jeszcze bardziej podkręcić głośniki i skakać. Można powiedzieć, że to idealny koncertowy materiał, bo to według mnie muzyka, przy której nie da się stać obojętnie i zamulać. Doskonale wiem, że wielu ludzi na przykład odrzuca barwa głosu Tymina, ale tu muszę nadmienić, że chłopaki zrobili mega progres i jeden, dowolny kawałek z „Setki” zjada moim zdaniem całą poprzednią płytę. Co do samej warstwy muzycznej – będzie jak zwykle melodyjnie, z mocnym uderzeniem, ale to też prawdopodobnie ostatni album, na którym w większej ilości będzie można usłyszeć bardziej klasyczne w konstrukcji i brzmieniu bity ode mnie. Czuję, że w kwestii tego rodzaju podkładów przy tej płycie wyczerpałem temat, nie jara mnie już tworzenie takich rzeczy. Teraz czas na więcej eksperymentów – oby były udane.

Odbijmy już od rapu. Jedna z Twoich produkcji to tribute dla Thierry’ego Henry. Dlaczego  akurat Arsenal, czyli zespół, który przez wiele lat nie mógł zdobyć pucharu?
Arsenal – wiadomo, czasy podstawówki. Henry to obok Ronaldinho i Zidane’a największy sportowy idol dzieciństwa, choć mi nigdy nie było dane mieć sportowego drygu – gruby na budę! Pamiętam rozdarcie w finale Ligi Mistrzów w 2006 roku, bo od zawsze sympatyzowałem też z Blaugraną. Zawsze podobał mi się styl gry drużyny prowadzonej przez Wengera, choć wiadomo, że w ostatnich latach było ciężko. Niesamowicie szanuję „Profesora” za to, że w tak trudnym czasie dla klubu (spłata kosztów budowy stadionu, ciągłe odejścia kapitanów i kluczowych zawodników) zawsze dawał radę doprowadzić drużynę przynajmniej na 4 miejsce w tabeli i 1/8 finału LM. Jednocześnie, cholera, tęsknię za tamtymi czasami, w których zaczynałem interesować się piłką, sportowe autorytety odchodzą na emerytury – zawsze najbardziej lubiłem właśnie tych charakternych zawodników, którzy w sercu mieli miejsce tylko dla jednej drużyny, a nie rozglądali się jedynie za lepszymi ofertami jak najemnicy. Gooner till I die! Zresztą, moim marzeniem jest pojechać na Derby Północnego Londynu na The Emirates – mam nadzieję, że uda się je spełnić. A co do tribute’u – bardzo mnie cieszy, że tak spodobał się słuchaczom, swoją drogą to było moje pierwsze podejście do trapopodobnych produkcji i nie wiem, czy nie ostatnie. Ostatnio ciężko nie odczuć przesytu takim brzmieniem.

Tegoroczny sezon będzie udany? Zespół prezentuje się całkiem nieźle, ale ogrom kontuzji, co wynika chyba z przetrenowania zawodników przed sezonem, przeszkadza w osiąganiu dobrych wyników.

Niby Wenger ściągnął Shada Forsythe’a, dotąd pracującego nad przygotowaniem fizycznym z reprezentantami Niemiec, ale patrząc na listę kontuzjowanych – nie widzę wielkich efektów. A czy sezon będzie udany? Wierzyć trzeba zawsze! W piłce nożnej wszystko się może zdarzyć i to w tym sporcie jest piękne, tym bardziej, jeśli mówimy o Premier League, gdzie każdy zespół może zaskoczyć. Nie będzie łatwo, ale im ciężej wejść pod górę, tym lepsze uczucie po wejściu na szczyt. Naprawdę fajnie byłoby, gdyby Wenger mógł włożyć do gabloty kolejne trofeum – zasługuje na nie jak żaden inny trener.

Tworzenie podkładów, epka w roli rapera, do tego kibicowanie, klasa maturalna, a pewnie i sto innych zainteresować i zajęć – czy to nie zbyt wiele na raz?
Nikt nie mówił, że będzie łatwo, choć jakby nie patrzeć – większość z tych zajęć to czysta przyjemność. Podzielność uwagi to zresztą klucz, bo często nie ma możliwości, żeby w pełni poświęcić się jednej z nich przesypiając drugą, a większość pewnej odpowiedzialności jednak wymaga. Co by nie mówić – ma to też przełożenie na muzykę, przykładowo wolę inspirowanie się wieloma źródłami naraz od katowania jednego i tego samego przy jednoczesnym zastanawianiu się „jak to, cholera, przełożyć na swoje”. Przesyt to mało powiedziane, zbyt łatwo można wtedy popaść w rutynę. Zresztą – co mnie nie zabije, to mnie wzmocni, co nie?

Mateusz Osiak

Dobry ze mnie chłopak, żaden odmieniec.