„Nie mam w planach kariery rapera” – wywiad ze Świnią

świniaŚwinia – za tą ksywką kryje młody raper, który niedawno pokazał światu swoje „Demo” nagrane na bitach Fawoli. Porozmawiałem z nim o literaturze, za którą przepada oraz o jego muzyce, na którą ma ciekawe poglądy.


Scena jest gotowa na dwóch Wieprzów?
To zależy od konstrukcji. Na pewno nie będzie nam dane stanąć na jednej w duecie, dlatego nie ma co się martwić przeciążeniem. Zresztą, w razie problemów mogę stanąć obok (ewentualnie pod nią, „Streetwear” buja lepiej niż kołyska wyciosana przez dziadka). W czasach, kiedy większość pcha się do koryta nie mam problemu, żeby odstąpić serwowane pomyje. Lepiej zjeść raz, a porządnie i ze smakiem aniżeli codziennie męczyć się z przesolonym, odgrzewanym kotletem. Paradoksalnie – nie samym słowem żyje człowiek, jest zdecydowanie o wiele więcej aktywności, które mogą sprawiać przyjemność.

Chociaż na Twoim miejscu pomyślałbym tu raczej o innych mieszkańcach zoo, np. o Słoniu – ciężki, gruboskórny okaz, myślę, że niektóre podzespoły mogłyby się załamać (śmiech).

Czym zasłużyłeś sobie na tę ksywę – świntuszyłeś czy bekałeś po dobrym obiedzie?.
Trochę przez moje skłonności do cynizmu, trochę przez cięty język. Bywam mocno uszczypliwy, chociaż w dużej mierze jestem miłym gościem.

Zanim przejdziemy do rapu, to chciałbym jeszcze podpytać o literaturę. Wziąłeś udział w cyklu „Raperzy czytają”, gdzie poleciłeś sporo książek, w numerze „Podróż 3” nawiązujesz też do Grzesiuka. Od zawsze byłeś molem książkowym?
Zaryzykuję stwierdzenie, że kiedyś czytałem dużo więcej niż obecnie, co mnie niesamowicie martwi. W sumie odkąd nauczyłem się składać literki, często nie można było mnie oderwać od książek. Początek zajawki to komiksy z Kaczorem Donaldem. Potem pamiętam Harry’ego Pottera, Tomka, który podróżował po świecie i niesamowicie wciągający cykl „Przygody Trzech Detektywów” Alfreda Hitchcocka (pozdro, jak też czytałeś).

Skąd brałeś te książki?
Większość z nich czytałem zaraz po starszym bracie, dlatego często byłem skazany na jego półkę z książkami. Na szczęście miał i ma dosyć dobry gust – dzięki niemu poznałem nie tylko sporo ciekawych lektur, ale też sporo muzyki i dzieł fotograficznych. Swego czasu bardzo lubiłem prozę Marcina Świetlickiego (do dzisiaj została mi sympatia do Świetlików), przez chwilę miałem zajawkę na poezję, m.in Gałczyńskiego, Broniewskiego, Kaczmarskiego, Tuwima, Szymborskiej, w międzyczasie czytałem książki i publikacje historyczne o II Wojnie Światowej, do czego zachęciła mnie m. in. wspomniana w cyklu „Raperzy czytają” książka Jamesa Clavella.

Zdążyłeś przeczytać to wszystko, będąc dość młodym człowiekiem, a moi znajomi zazwyczaj mówili, że wolą coś obejrzeć.
Zawsze wolałem książki od filmów, bo nie stawiały żadnych granic. Reżysera ograniczał budżet, umiejętności ekipy technicznej, aparycja aktorów, scenariusz. Czytając np. „Ostatniego Dona” od Mario Puzo (jedna miłość) wyobrażałem sobie takich skurwysynów w cholernie pięknych i bogato urządzonych hotelach kasyna, że niejedna ekipa miałaby problem, żeby odtworzyć moje wizje. (śmiech)

Chociaż zmieniłem trochę podejście i sposób oglądania filmów, jednak i tak najchętniej przeczytam książkę, żeby później skonfrontować ją z adaptacją filmową. Lubię stawiać się na stołku reżyserskim i porównywać swoje wyobrażenia z interpretacją filmowców.

Znasz wiele klasyków, a nie korci się, żeby sięgnąć po niszową literaturę albo po mniej ambitne pozycje?
No właśnie sięgam! Kryminałów, oprócz może trzech pozycji i cyklu z Trzema Detektywami, nie czytałem w ogóle. Już niedługo zamierzam zabrać się za „Obłęd” Krzysztonia, w kolejce czeka „Siekierezada” Stachury (czekam aż spadnie pierwszy śnieg) oraz Andrzej Stasiuk i jego „Nie ma Ekspresów przy Żółtych Drogach”. Obecnie studiuję twórczość Sergiusza Piaseckiego, którego życiorys mocno mnie zaciekawił.

Słyszałem też ostatnio bardzo dobrą recenzję książki Filipa Springera pt. „Miedzianka. Historia Znikania”, za którą zamierzam się zabrać może nawet przed wyżej wymienionymi pozycjami. Nie wiem, jak z poprzednimi, bo Krzysztonia polecało mi kilka osób, a i Stachura jest raczej znanym artystą, ale „Miedziankę” można już chyba z czystym sercem zaliczyć do literatury niszowej. Jakiś miesiąc temu opowiadał mi o niej brat, czytałem opis na okładce i muszę przyznać – nie mogę się doczekać, aż dostanę ją w swoje ręce!

Co do lekkości i niższej oraz wyższej rangi literatury – grunt to czytać z przyjemnością. Osobiście uwielbiam – tak jak wspomniałem – Mario Puzo, nieźle bawiłem się czytając „Amerykanina” czy pierwsze części Wiedźmina, przed J.K. Rowling biję pokłony za cykl o nastoletnim czarodzieju, ale obecnie mam ochotę poczytać wspomniane felietony Stasiuka czy Jacka Hugo-Badera, który w „W rajskiej krainie wśród zielska” wypytuje Michaiła Kałasznikowa o jego miłość do ojczyzny, życie prywatne czy kulisy tworzenia karabinu AK-47. Po prostu jestem tego cholernie ciekawy.

Wracając do ekranizacji, sporo z nich udźwignęło Twoje wymagania?
Na temat ekranizacji można by mówić, rozprawiać, gadać, skończą się herbata i szlugi, słońce zajdzie i wstanie, a prowadzący dyskusję nie będą nawet w połowie. Zainteresowanym zostawiam opowiadanie Hłaski pt. „Pętla” oraz jego ekranizację o tym samym tytule. Dla mnie, który zdecydowanie musi nadrobić swoje braki w kinematografii, ten film wyczerpuje temat.

Sporo czytasz, zatem od razu nasuwa się pytanie, czy próbowałeś pisania czegoś innego niż teksty kawałków?
Kilka razy. Nie że próbowałem czy mi wyjdzie – po prostu miałem pomysł, który postarałem się zrealizować. Czasem pisanie sprawia przyjemność.

Zadałem też to pytanie, dlatego że „Incognityzm” jest ciekawym storytellingiem i nie brzmi jak pierwsze literackie próby.
Czy ja wiem, czy ciekawym. Lubię opowiadać historie. Często spotykając się ze znajomymi nie mogę się powstrzymać, aby opowiedzieć zasłyszaną opowieść lub po prostu przedstawić zaobserwowane przeze mnie sytuacje. Kilka lat temu napisałem może ze dwa opowiadania, w tym roku trzy krótkie wiersze. Na dysku leży kilka scenariuszy do krótkich filmików i to wszystko. Miewam różne wizje, ale większość nie nadaje się na to, żeby poświęcać im więcej czasu i spisywać na kartkę.

Niemniej jednak – wracając do „Incognityzmu” – moim skromnym zdaniem, w dziedzinie prowadzenia storytellingu muszę się jeszcze trochę nauczyć.

„Demo” zebrało sporo propsów, jednak zostałeś oskarżony o podkradanie stylów. Słyszano u Ciebie Laika, Tymina, Little’a czy TrzyBe. Co o tym sądzisz?
Szczerze mówiąc, mam mieszane uczucia. Z jednej strony staram się zrozumieć, że słysząc pierwszy raz gościa o dziwnej ksywie, doszukuje się w nim, czasem nawet nieświadomie, raperów, których słucha się na co dzień. Można to nawet poczytać za swego rodzaju komplement, bo jak przewinął VNM: „W podziemiu byłem Mesem, Pezetem, w ogóle to Eisem” i można stwierdzić, że równają mnie do całkiem dobrych raperów.

Z drugiej jednak strony, pisząc piosenki czy wchodząc do studia nie myślałem, że chcę w jakikolwiek sposób upodobnić się do Laika czy Bisza. Owszem, rozpoczynam „PółNaPół” follow-up’em do byłego członka RA, lubię rap obu gości, ale… jestem zbyt dużym egoistą, jeżeli chodzi o jakąkolwiek aktywność muzyczno-sceniczną i nigdy nie pozwoliłbym, żeby jakakolwiek osoba trzecia nazbyt ingerowała w moje prace. Być może momentami przesadziłem z ilością nawiązań. Być może nieświadomie przemyciłem tu pewne elementy z muzyki, której wtedy dużo słuchałem (aż dziwne, że nikt nie dopatrzył się tu starego, podziemnego Te-Trisa), ale czyniłem to raczej nieświadomie. Myślę, że takie rzeczy jak muzyka, literatura, film, fotografia czy inne formy sztuki (lub po prostu aktywności), które nas inspirują, mają wpływ na nasze zachowanie czy sposób, w jaki myślimy, dlatego w pewnych przypadkach jest to nieuniknione. Trudno jest chyba stworzyć album, który powstanie w hermetycznie szczelnym środowisku, bez wpływu czynników pozaustrojowych. A na pewno nie z praktycznie zerowym doświadczeniem, nagrywając pierwsze demo.

Niestety dla niektórych takie inspiracje równają się kserowaniu.
Być może dla kogoś w kilku miejscach przekroczyłem cienką granicę pomiędzy inspiracją a kopiowaniem, być może dla kogoś brzmię w miarę oryginalnie – każdy słyszy coś innego.

Niemniej jednak wszystkie opinie i komentarze przyjmuje ze stoickim spokojem, bo jakby nie patrzeć sam jestem słuchaczem i często wyrażałem się niepochlebnie o różnorakich albumach. Różni ludzie mogą zwracać uwagę na różne rzeczy, a koniec końców chyba cieszy mnie, że słuchacz jest wymagający. W erze „ROZJEBAŁ, POZJADAŁ, PŁYTA ROKU” konstruktywna krytyka to towar deficytowy. Potrafi zdołować, ale i nieźle zdopingować.

Podobnie jak Tymin, masz „krzykliwe” flow – myślisz, że tak jak w jego przypadku może się to dość szybko znudzić słuchaczom?
Na pewno chciałbym uniknąć szufladkowania. Kilku znajomych mówiło mi ostatnio „w bangerach jest twoja siła, rób numery z taką energią!” – tylko zastanawiam się, jak długo będą w stanie słuchać kolejnej piosenki nagranej na podobnym patencie bez ziewania co dziesięć sekund.

Ostatnio myślałem o moim LP, którego koncept mam już od dłuższego czasu w głowie i plikach na dysku. Boję się, że przeholuję z różnorodnością i wyjdzie miszmasz, a nie klimatyczny album, jednak z drugiej strony na pewno nie będę skupiał się tylko na energicznej nawijce. Owszem, lubię czasem pokrzyczeć, ale sęk w tym, że można robić to na różne sposoby, również w kawałkach, których tempo schodzi poniżej osiemdziesiąt bpm.

Poza tym martwić nie należy się tylko o słuchaczy. Widzisz, cała ta moja zabawa w pisanie i robienie rapu ma jeden prosty powód – w miarę to lubię. Jestem dosyć ambitnym chłopakiem, staram się (albo przynajmniej staram się starać), żeby to, co robię było ciekawe także dla mnie, dlatego nie mogę sobie pozwolić na stagnację i nudę.

Co to za koncept na LP?
Biorąc pod uwagę swoje rozleniwienie, humory oraz ilość czasu, zaangażowania i pieniędzy, które pewnie będę musiał poświęcić na realizację tego projektu, nie mogę Ci powiedzieć. Łatwo czasem jest wpaść na pomysł, jeszcze łatwiej jest go nie zrealizować.

Bity na „Demo” zrobił Fawola, znany jedynie ze współpracy z Eldo. Znaliście się już wcześniej?
Tak, z Damianem znam się jakieś 2-3 lata. Przed „Demkiem” zrobiliśmy wspólnie kawałek „Definiowanie” oraz „Z Podniesioną Głową”.

A dlaczego postawiłeś na 3/4 UDGS?
Jakiś czas przed premierą albumu „Primus Luporum”, na który dograłem TrooMowi zwrotkę, dostałem wiadomość od Tomka z 3/4. Pisał, że podobno jestem w trakcie przygotowywania EPki, pytając, czy jestem zainteresowany podjęciem współpracy. Odmówiłem wtedy, dziękując za zainteresowanie, tłumacząc jednocześnie, dlaczego nie chcę wchodzić do 3/4. Wizja wydania fizycznego mojego podrzędnego demka, które jeszcze wtedy było mocno w powijakach nie napawała mnie optymizmem. Chciałem po prostu nagrać kilka piosenek i wrzucić je do sieci, żeby kilku znajomych mogło posłuchać.

Kilka miesięcy później, kiedy większość numerów była w miarę gotowa, byłem po kilku sesjach nagraniowych, Fawola przedstawiał pierwsze pomysły na aranże, a ja ze smutkiem obserwowałem znikające z konta oszczędności, zadzwoniłem do Tomka.

Znając Tomka, pewnie chętnie pomógł.
3/4 oferowali przede wszystkim mix i mastering, który był dla mnie priorytetem. Osoba, której miałem wcześniej powierzyć walkę z moimi krzykliwymi, nieraz pociętymi wokalami, nie wykazywała zbytniego zaangażowania oraz kompetencji (w kwestii współpracy). Początkowo odezwałem się do Janka z Nagrywarki (pozdrawiam serdecznie!), jednak finalnie okazało się, że wszystkie wydatki mogą przekroczyć budżet. Bałem się sytuacji, w której nie będę mógł sfinalizować projektu.

Umówiliśmy się z 3/4 na standardowe warunki współpracy. Początkowo kompletnie nie wierzyłem w jakikolwiek „sukces” – nie chciałem zbytnio afiszować się i ogłaszać z przeciętnym materiałem, obawiałem się także sytuacji, w której chłopaki z Bielska inwestują w nas czas i pieniądze i wszystko idzie na marne.

Jednak materiał nie okazał się przeciętny – w większości zbiera dość dobre oceny. Jesteś zadowolony, że to jednak epka nie tylko dla kolegów?
Oczywiście, że tak. Wiesz, włożyłem w EPkę, mimo zaledwie sześciu piosenek, trochę serca, czasu i pracy. Na pewno w planach nie mam kariery rapera, nie chciałbym też być popularnym idolem młodzieży, niemniej jednak to miłe uczucie być w pewien sposób docenionym przez ludzi. Tym bardziej że zupełnie nie spodziewaliśmy się z Fawolą tak ciepłego odbioru.

To kiedy możemy spodziewać się pełnoprawnego LP?
Nie mam pojęcia. Nie mam zamiaru nagrywać czegoś na siłę. Mam wrażenie, że coraz więcej raperów łapie syndrom Ostrego -„o, minął rok, to trzeba puścić nową płytę”. Popularność rapu stale wzrasta, wydanie płyty i promująca ją trasa koncertowa wydaje się być czymś w rodzaju aktualizacji oferty firmy, np. zajmującej się dystrybucją samozamykaczy do drzwi aluminiowych. Zmienia się nazwę, kolor opakowania, ewentualnie wprowadza kilka barw do palety kolorów czy stary system pod nową nazwą, ale w gruncie rzeczy to te same samozamykacze co rok temu, które mają bronić twoje drzwi przed trzaskającymi kurwami i przeciągiem. Czy muzyka może być produktem? Zapewne zdania są podzielone. Moim zdaniem rap traci duszę, którą kiedyś promieniował. Mam wrażenie, że raperzy i producenci, którzy akurat są „na topie”, korzystając aktywnie z przywilejów jakie daje fala, pisząc kolejną zwrotkę, produkując kolejny podkład, wpadają w rutynę, która zabija w nich wyjątkowość.

Zdarzyło mi się kiedyś chwilę pogawędzić z Danielem Drumzem o muzyce i nie tylko. Podczas rozmowy wyjaśnił mi, że swoich bitów nigdy nie podpisywał na zasadzie „bit 1, bit 2”, bo nie mógłby się oprzeć wrażeniu, że jest w fabryce, a nie swoim mieszkaniu. W taką właśnie linię produkcyjną wpadli niektórzy polscy beatmakerzy i mam wrażenie, że mimo cedków i wosków, na których wychodzi ich muzyka, to jest to cholerny produkt taśmowy. Ten sam produkt w innym opakowaniu. To samo tyczy się raperów. I paradoksalnie – nie mówię tutaj tylko o dinozaurach i starych wyjadaczach, którym nagle życie uszczupliło portfel. To samo tyczy się nowej, ponoć świeżej, fali. Przydałoby się kilka lekcji z przedsiębiorczości. Wykres zależności podaży od popytu, etc. Może udałoby się uniknąć przesytu.

Wracając do pytania – nie wiem kiedy. Możliwe, że za pół roku, dwa lata, możliwe, że nigdy. Czas pokaże.

Mateusz Osiak

Dobry ze mnie chłopak, żaden odmieniec.